środa, 30 lipca 2008

Fryderyk zszedł do miasteczka i kupił, jak mu się wydawało, najważniejsze rzeczy: chleb, kiełbasę, piwo i wino, a na wieczór makaron, pomidory i mięso mielone. Zatrzymał się przy małym sklepiku i kupił jeszcze toscanelii – włoskie, mocne cygaretki.
Jeszcze z miasteczka zadzwonił do żony i powiedział, że jego wyjazd się przedłuży. Nie wspomniał o idei dokończenia budowy. Zdziwił się, że nie ma pretensji. Gdy się rozstawali potrafili być dla siebie mili. Chyba jej też nie było spieszno do spotkania z mężem.
Gdy dotarł na górę zastał Jana przebranego już w kombinezon.
- Niestety ten lepszy jest za mały na mnie.
- Cieszę się. – zaśmiał się Fryderyk. – Chcesz piwo?
- Jak belgijskie, to nie odmówię. – uśmiechnął się i wziął butelkę Chimay. – Tu są deski. Wybrałem gwoździe, młotki i piłę. Ty piłujesz, ja jestem za stary na to. – uśmiechnął się oprowadzając Fryderyka po na nowo rozpoczętej budowie. W każdym razie dla nich rozpoczętej, bo w rzeczywistości zbyt wiele się nie zmieniło. – Zobacz, tutaj rozpoczął układać podłogę…
- Dość toporną…
- Roboczą. Jeżeli dzisiaj byśmy dołożyli tę ścianę, i kawałek podłogi, to możemy spać tutaj.
- Dobra. Jakaś miarka jest?
- Jest. Jest nawet „koziołek”. Wszystko zabezpieczone. Logicznie poukładane.
- Zazdroszczę takiej organizacji.
- To co? Najpierw ta ściana, czy dołożymy trochę podłogi?
- Ściana.
- Chcesz ją później ocieplić od środka?
- Po co? Właściwie to nie ma sensu. Jeżeli to robimy dla Bernarda, to bez okien i drzwi. Nie są mu potrzebne. – powiedział Fryderyk.
- Masz rację. Przebieraj się i zabieramy się do roboty.

Dla Fryderyka najwięcej kłopotu sprawiło wzięcie do ręki pierwszej deski, przyłożenie jej do ściany, odmierzenie, przycięcie, ponowne przyłożenie, wypoziomowanie i przybicie. Gdy pierwsza deska była już kolejną częścią domu Fryderyk odetchnął i dalsza praca szła mu znacznie lepiej. Przypominał sobie gesty z poprzednich prac. To było dla niego niczym odtwarzanie rysunku. Przy piątej desce złapali już swój rytm. Ukradkiem spojrzał na Jana. Nie był już tak sprawny jak dawniej. Przypomniał sobie gdy pierwszy raz pracował z Janem przy jego konstrukcji. Miał wtedy siedemnaście lat i przez dwa pierwsze dni nie robił nic innego, tylko piłował ręczną piłką wyschnięte pieńki dębowe. Pod koniec dnia takiej pracy nie był w stanie utrzymać kubka z herbatą. Za to jak wrócił z „wakacji u wujka w Hiszpanii”, to mógł się pochwalić sporymi bicepsami. A wtedy było to dla niego ważne.
- Dobrze nam idzie, co?
- Dobrze. – powiedział Jan.
- A pamiętasz, jak prawie mi odciąłeś kciuka?
- Nawet mi nie przypominaj! – wzdrygnął się.
- Dla mnie jest to przykład, co może się stać gdy wpadasz w rutynę i jesteś zmęczony. Opowiadałem o tym zdarzeniu synom. Jako przestrogę. Bo niedługo też zaczną piłować drewno. Niech wiedzą, że nie można liczyć na wprawę przy takich sprawach.
- Podaj mi kilka gwoździ. – Jan chyba nie chciał wspominać tego zdarzenia z piła spalinową.
- Dobre gwoździe.
- Tak.
- Szkoda, że dzień jest krótki, tak to moglibyśmy podciągnąć robotę.
- Uważaj, nie przepracuj się, bo jutro nie będziesz mógł wstać. Ty chociaż spacerujesz tam u siebie, czy tylko za biurkiem siedzisz?
- Spaceruję. Chodzę po Antka do szkoły. Dwa kilometry w jedna stronę. No chyba, że pada. To jadę samochodem. Ale dawno nie pracowałem fizycznie. Uwielbiam dotykać drewno. Lubię jego zapach. Jak sobie modelujesz taką deskę… tu przytniesz, tam przytniesz i już wszystko pasuje…
- Albo do wyrzucenia. – zaśmiał się Jan.
- Słuchaj, jak tak dalej pójdzie, to jutro skończymy.
- Rozumiem, że przerwa…
- Piwko?
- Tak. Zapal sobie.
- Zapalę. Kupiłem Toscanelli.
- A, to poczęstuj mnie.
Usiedli na stercie desek. Pili piwo wprost z małych butelek. Fryderyk wyciągnął małe kartonowe pudełko, w którym ukryte było pięć twardych cygaretek, z bardzo ciemnego tytoniu, w kształcie pogiętej, rozszerzającej się z jednej strony tuby.
- Piękne, co?
- Piękne. – przyznał Jan. – Tak myślę, że mój ojciec odnalazłby się tutaj z nami. Siedziałby na rozkładanym foteliku. Palił papierosy. Czytał gazetę. Od czasu do czasu zamienił z nami parę słów.
- Na pewno by było miło. – powiedział Fryderyk. Pomyślał, że skąd jego dziadek miałby polską gazetę tutaj. Zaraz skarcił się w myślach, no bo przecież oni mogliby mu ją przywieźć. A poza tym chodzi tylko o wizję syna. – Cieszę się, że go znałem. Mimo rozwodu dziadków. Mówiłem ci, jak go poznałem? – zapytał Fryderyk. Zrobił krótką przerwę na ewentualne „tak, wiele razy” swojego wujka. – Wszedł do nas do domu. Moja siostra rzuca się na szyję jakiemuś obcemu facetowi. Ojciec mówi mi, że to mój dziadek. Babcia, która akurat wcześniej przyszła do nas, siedzi w kuchni i się nie odzywa. Potem gdzieś poszła, do innego pokoju. W końcu ja zostałem z nim i ojcem. Siedziałem przy stole razem z nimi. Wszystkie kobiety zniknęły. Babcia i matka obrażone. Pamiętam je takie milczące. Zabrały moją siostrę. Zostaliśmy sami. Tylko my, faceci. Pachniał papierosami. Wspaniały zapach. Możliwe, że przez to palę. Siedziałem a oni gadali o sprawach, których zupełnie nie rozumiałem, ale najważniejsze było, to że mnie nie odtrącili. Pamiętam, że ojciec podszedł do barku i wyciągnął butelkę wódki. Pierwszy raz widziałem go z butelką wódki. Nalał swojemu ex-teściowi i sobie. Pamiętam, że to był jeden kieliszek dla każdego. Potem mój odkryty dziadek poszedł. Wróciły kobiety. Pamiętam wzburzoną matkę i babcię. Miałem wtedy chyba pięć, albo sześć lat. Mało rzeczy pamiętam z tego okresu. Ale to jest jak płaskorzeźba. Pamiętam gdzie stał stół w salonie, jakie było światło…
- Bardzo się cieszył, jak się urodziłeś. – skwitował Jan. – Dopal sobie. Ja pójdę się wysikać.
Fryderyk rozejrzał się wokół. Wycięta polanka mogła mieć osiemset metrów. Wokół rosły dęby, jedna topola, dużo głogu, który ktoś próbował ukształtować w rodzaj ogrodzenia. Po prawej stronie, za głogiem po zboczu schodził las świerkowy. W równych rzędach. Ktoś nie zrobił w odpowiednim czasie przecinki. Za jego plecami, jakieś sto metrów, była droga oddzielająca teren konstrukcji od lasu, przez który tu weszli. Dokąd prowadzi droga? Jeszcze nie wiedział. Obiecał sobie, że nią pójdzie, może następnego dnia. Przed nim tliły się ślady zapomnianego obozu. Wszystko porośnięte trawą. Odnalazł rodzaj szafki, w której tkwiły kubki i zardzewiałe sztućce, jakieś talerzyki, puszka. Niedaleko od tego „kredensu” odkrył miejsce na ognisko. Otoczone było łupkami skały. Pozbierał kilka gałązek, trochę trawy, zgarnął obrzynki desek i podpalił to wszystko. Rozejrzał się za jakimiś większymi gałęziami.
- Widzę, że się zadamawiasz. – powiedział Jan podchodząc do ogniska.
- Zawsze będzie milej. Będziemy mieli jakiś punkt odniesienia w tej topografii.
- To może od razu zrobimy jakieś małe jedzenie? Zobacz, tu jest rodzaj rusztu. – Jan wyciągnął z trawy podrdzewiałą kratkę. – Przetrze się, przepali i będzie dobrze.
- Daj. Zobaczymy co da się z tym zrobić. – Fryderyk dorzucił drewna do ogniska. Na to wszystko położył ruszt. – Dokończmy ścianę. – powiedział i poklepał Jana po plecach.
Po godzinie siedzieli już przy odkrytym w konstrukcji stole i jedli kiełbasę z rusztu z chlebem.
- Kiedyś zastanawiałem się, dlaczego robotnicy jedzą tyle kiełbasy…
- No i do jakich wniosków doszedłeś? – zapytał krztusząc się ze śmiechu Jan.
- Że muszą dostarczyć sobie szybko dużo energii.
- Kiełbasa jako symbol szybko dostarczonej energii. Ciekawe.
- Masz mięso, tłuszcz. Od razu gotowe do jedzenia. Możesz podgrzać.
- Wspaniała sprawa! – śmiał się Jan. – Cieszę się, że tu jesteśmy. Nie spodziewałem się tego.
- Ani ja. Myślę, że to mi dobrze zrobi. Przynajmniej nie będę myślał o tym, jak nieudane mam życie…
- No co ty gadasz! To, uważasz za nieudane życie. – Jan niczym władca rozpostarł ramiona, jakby chciał objąć okolicę.
- „To” może mi pomóc.
- To o co chodzi?
- Jakoś tak ostatnio nie układa mi się. Nie idzie mi z robotą, co za tym idzie z żoną. A odkrycie tego związku skutkowo-przyczynowego nie pomaga mi.
- A co ty myślałeś, że baba będzie cię kochała tak bez przyczyny?
- Tak.
- Musi być tobą zafascynowana. Rób swoje.
- Czasami ciężko jest… robić swoje. Poza tym jak się dowiadujesz - post factum - o zmianie priorytetu w strukturze fascynacji, to nie ułatwia sprawy. Zresztą nieważne. Fajnie, że możemy tutaj być. To co, jeszcze dwie ścianki dzisiaj?
- Żebyśmy za szybko nie skończyli. Podoba mi się tutaj.
- Mi też. – zaśmiał się Fryderyk. Wstał od stołu. – Słuchaj, jeżeli zrobimy te trzy ściany i dołożymy trochę desek do podłogi, to moglibyśmy tutaj zamieszkać.
- Dobry pomysł. Ale dzisiaj jeszcze w domu, na dole. Dobra?
- Dobra.

poniedziałek, 7 lipca 2008

Konstrukcja



O ósmej rano przekroczyli granicę budzącego się Barvaux. W małej piekarni kupili słodkie bułki i kawę w kartonowych kubeczkach. Przejechali przez centrum w stronę dworca kolejowego, który w rzeczywistości był tylko jednym peronem i tablicą informacyjną. Potem szosą w górę i dotarli do niepozornej drogi wijącej się przez las.
- To na pewno tutaj? – zapytał Jan.
- Według mapy tak. Zobacz jest numer – powiedział Fryderyk wskazując podrdzewiałą tablicę przyczepioną do resztek kamiennej bramy.
- No to jedziemy.
Z szosy skręcili w lewo. Droga usłana świerkowymi szyszkami doprowadziła ich do małego przydomowego parkingu. Zatrzymali się.
- Mam nadzieję, że nie ma tu psów. – powiedział Fryderyk otwierając drzwiczki samochodu.
- Nie ma. Gdyby były, teren nie mógłby być otwarty.
- To gdzie mamy teraz iść?
- Maria mówiła, że z lewej strony domu jest ścieżka w górę i trzeba przejść jakiś kilometr. Mamy wejść w las. Przejść przez niego, na samej górze będzie polana, gdzie jest konstrukcja.
- No dobra, to idziemy. A ten przyjaciel?
- Co?
- Jest tutaj?
- A co ty tak się przejmujesz?
- No bo głupio wchodzić, bez uprzedzenia, na czyjś teren.
- Ma być uprzedzony. Jeżeli nie, to mu wyjaśnimy. Jeżeli będzie problem, to zadzwonimy do Marii. Chodź już!



Żwirową alejką obeszli dom z lewej strony. Dom był starą willą, w której obecny właściciel dokonał kilku zmian. W dachu tkwiły nowoczesne okna. Stary, kamienny taras został zmieniony w oszkloną altanę. Obok domu rozpościerał się duży basen. Fryderyk przechodząc obok ogrodu przed domem czuł się trochę jak złodziej, a przynajmniej jak nieproszony gość. Rozglądał się za kimkolwiek, komu mógłby wytłumaczyć to wtargnięcie. Minęli nieduży domek dla służby. Przed sobą mieli stary świerkowy las. Weszli.
Po jakimś czasie lekko zdyszani dotarli na górę. Na małej polance stał niedokończony dom. Wyglądał jak do połowy rozebrana stara, drewniana chałupa. Ale oni byli zachwyceni tym widokiem. Wokół rosła, już pożółkła, wysoka trawa. Widać było, że bardzo dawno tu nikt nie chodził. Weszli do środka konstrukcji. Patrzyli na połączenia i układ belek. Odkrywali wcześniejsze łączenia na kołki i późniejsze - na gwoździe. Dach pokryty był gontem.
- Zobacz! Ile materiału tutaj jest. – powiedział Fryderyk wskazując na stertę dokładnie ułożonych desek. – Widać, że są zaimpregnowane.
- Nie udało mu się. – wyszeptał Jan.
- Co?
- Mówię, że nie udało mu się. Nie dokończył. Tyle materiału, tyle pracy wcześniej i koniec… zmarnuje się to. Przestanie być ważne. Goście z wilii z dołu będą tutaj przychodzili, żeby dowartościować się. Obejrzeć tę katastrofę naszego kuzyna.
- Tak patrzę na to i myślę, że w ciągu tygodnia można by było całość zamknąć. Tak bez wstawiania okien to nawet w 3 dni. Zobacz, brakuje tylko sześciu ścian. Jakby tak wykorzystać te dechy… Co ty na to?
- Proponujesz…? – lekko uśmiechnął się Jan.
- Paryż będzie musiał na nas poczekać. – zaśmiał się Fryderyk.
- Tutaj masz prawdziwe życie. Życie i śmierć. Zobacz czego brakuje. Może znajdziesz jakieś narzędzia. Młotek, piłę…
- O cholera! – krzyknął z drugiego końca konstrukcji Fryderyk.
- Co się stało?!
- Tutaj wszystko jest! Patrz! – mówił podniecony Fryderyk pokazując odkrytą przez niego dużą skrzynię. – Narzędzia w natłuszczonym pergaminie, gwoździe. Nawet nie zardzewiały.
- A już myślałem, że to trup jego kochanki. Nie strasz mnie.
- A co ty na to powiesz?! – znowu krzyknął Fryderyk wyciągając dwa zwinięte tobołki – Kombinezony! Dwa! – rzucił mu je i dalej szperał. – Buty! – i je rzucił Janowi. Zachowywał się jak dziecko, które dopadło worek zostawiony przez Świętego Mikołaja.
- Wygląda na to, że wszystko jest. Zostajemy. Ja biorę ten mniej zniszczony. – śmiał się Jan przykładając do siebie jeden z kombinezonów.
- Dziwna sprawa, co?
- Dlaczego?
- Że wszystko jest przygotowane. Zupełnie jakby się Bernard spodziewał naszej wizyty.
- Nie sądzę.
- To dlaczego są dwa kombinezony, dwie pary butów… te wszystkie narzędzia.
- Po prostu był porządny i miał zapasowe ubranie.
- Buty mają różną numerację… Ha! Zobacz, to są nasze numery!
- No to mamy szczęście. Myślę, że jakiś kumpel pomagał mu przy budowie i zostawił to ubranie tutaj. – Jan pozostawał sceptyczny co do nadprzyrodzonej strony odkrycia.
- Dla mnie to magia!
- Może być i magia. Musimy się zorganizować. Jeżeli naprawdę chcemy dokończyć to dzieło.
- OK. Dzwonimy do Marii! – powiedział Fryderyk i wyciągnął telefon. – Chcesz z nią rozmawiać? – zapytał gdy usłyszał sygnał.
- Dobra. – Jan wziął telefon. - Maria? Tutaj Jan… Tak, dotarliśmy, bez problemu. Słuchaj, mamy propozycję, chcielibyśmy dokończyć budowlę, tę tutaj. Nie, nie zwariowaliśmy… tak, są wszystkie materiały, narzędzia. Inaczej to w ciągu kilku lat zgnije. Rozmawiałem z Frycem i chcemy dokończyć wasz dom. Chcemy to zrobić dla Bernarda. Cieszę się, że się zgodziłaś.
- Kochamy cię!- krzyknął do słuchawki Fryderyk.
- Ona też nas kocha. – powiedział Jan do Fryderyka – … Damy sobie radę. A jeżeli możemy przenocować w wilii, to jeszcze lepiej. Dobra to czekam na telefon. Całuję. – Jan oddał telefon Fryderykowi. – Zaraz zadzwoni do nas. Możliwe, że będziemy mogli spędzić noc w wilii. Są tam ich śpiwory.
- Super!
- Musimy zorganizować obóz.
- Domyślam się, że ja jadę po jedzenie do miasteczka.
- Dobrze się domyślasz. – zaśmiał się Jan.

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Spokojnym krokiem dochodzili do Place Saint Catherine. Byli w swoich czarnych garniturach. Cały czas podnieceni rozmawiali o konstrukcji. Postanowili jutro z samego rana pojechać do tej miejscowości w Ardenach, gdzie Bernard, przez kilka lat stawiał swój dom. Dom, którego nigdy nie dokończył.
- Dzień dobry. Poprosimy o talerz ostryg i moule’i. – Powiedział Fryderyk gdy znaleźli się już u celu.
- Dzień dobry. - Powiedział rudy właściciel straganu z owocami morza. – Moule z sosem?
- Tak, poprosimy. Do tego dwa razy wino. – Powiedział Jan.
- Dobrze.
- A gdzie pana pies, Bigoudi? – zapytał Jan tak jakby bywał tutaj co tydzień. Lubił taką atmosferę wokół siebie.
- Bigoudi? Ach! Zmarł rok temu. Był już stary. – wyszeptał sprzedawca i zaczął otwierać ostrygi, i układać je równo na talerzyku.
- Przykro mi – niesłyszalnie wyszeptał Fryderyk. Jan oparty o blat pod namiotem straganu wzniósł kieliszek z białym winem i stuknął się z Fryderykiem.
- To jutro z samego rana jedziemy!
- Tak.
- O której mogę cię obudzić?
- O której chcesz…
- To już nie śpisz do dziesiątej?
- Przeszło mi to. – zaśmiał się Fryderyk. – O szóstej?
- Dobra. Wiesz jak tam dojechać?
- Mam mapę i GPS. Dojedziemy.
- Niezłe są te elektroniczne gadżety. – powiedział Jan, który laptopa nazywał „małym komputerkiem” .
- Ułatwiają życie. Myślisz, że nie będziemy mieli kłopotu z wejściem na teren?
- Nie. Maria mówiła, że trzeba wjechać na teren, zostawić samochód przed domem i wejść na górę, na której stoi konstrukcja.
- A czyj to dom?
- Jakiegoś bliskiego przyjaciela Bernarda… Chyba ma na imię Max. Maria coś mówiła o nim. W każdym razie nie ma problemu. Ma go uprzedzić o naszej wizycie. Zresztą my tylko tam zostawimy samochód i przejdziemy do domu Bernarda.
- Słuchaj, jak to dokładnie było z Bernardem i Marią?
- Co masz na myśli? – zapytał Jan przełykając ostrygę.
- Z ich rodzicami… Ich rodzice byli przed wojną kochankami?
- To chyba za dużo powiedziane… Ale Ojciec Bernarda znał się z matką Marii. Coś tam między nimi było. Ale wojna ich rozdzieliła…
- Ojciec Bernarda był bratem dziadka, a matka Marii siostrą babci?
- Tak. Ale im nie wyszło. – zaśmiał się Jan. – Dopiero ich dzieci skonsumowały tę miłość. Nawiasem mówiąc ta konsumpcja też im do końca nie wyszła. Chyba nie byli udanym małżeństwem.
- Ciekawe jak czuli się małżonkowie ojca Bernarda i matki Marii, jak dowiedzieli się o ślubie swoich dzieci…
- Nie wiem, ale czy to ważne? Jedz.
- Dla nich chyba tak.

piątek, 13 czerwca 2008

Weszli schodami na drugie piętro. Jan poprowadził go do niedużego pokoju. Fryderyk rozejrzał się. To był gabinet Bernarda. Na biurku nie było zbędnych papierów. Ogólnie panował porządek.
- Spójrz na to! – powiedział podniecony Jan i wziął do ręki oprawioną w proste ramki fotografię. Zdjęcie przedstawiało Bernarda w robotniczym kombinezonie stojącego z siekierą w ręku na tle drewnianej konstrukcji.
- No i…? – zapytał Fryderyk.
- Policz ilość kątów!
- Cholera! Osiem! – wykrzyknął Fryderyk.
- Rozmawiałeś z Bernardem kiedyś na ten temat? Mówiłeś o naszych konstrukcjach?
- Nigdy!
- Ja też nie. Więc skąd do licha Bernard też zbudował dom o podstawie ośmiokąta foremnego?!
- Nie mam pojęcia! Może to jakaś rodzinna choroba. – Zaśmiał się Fryderyk.
- Daj spokój!. Trzeba pogadać z Marią, gdzie to jest. Musimy zobaczyć tę konstrukcję!



Gdy już wszyscy wyszli - też córka Marii ze swoim narzeczonym, nie pożegnawszy się z Fryderykiem i Janem - Jan ze zdjęciem podszedł do Marii.
- Maria, przepraszam cię, że w takim momencie, ale zobaczyłem to zdjęcie. – pokazał jej fotografię. – Możesz nam powiedzieć, czy to Bernard budował tę konstrukcję? Możemy ją zobaczyć?
- Tak, to Bernard – powiedziała Maria oglądając fotografię jakby pierwszy raz w życiu ją widziała. – To jest w Barvaux. Mamy tam trochę terenu i Bernard postanowił sam wybudować dla nas drewniany domek. Najpierw myślał o podstawie koła, myślał o czymś na wzór indiańskiego tipi. W końcu wymyślił, że ośmiokąt foremny będzie najlepszy…
- Widzisz! – krzyknął Jan do Fryderyka.
- A dlaczego cię to tak interesuje?
- Bo widzisz i ja, i Fryc zbudowaliśmy właśnie takie szałasy o podstawie ośmiokąta.
- Wiesz, ten Bernarda właściwie nie jest dokończony. Uparł się, że sam to zrobi.
- Daleko jest to Barvaux?
- Jakieś 1,5 godziny drogi…
- Możemy tam pojechać, zobaczyć?
- Oczywiście, ale myślę, że się rozczarujecie.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Stypa



Po pogrzebie rodzina i grupa najbliższych przyjaciół pojechała do domu Marii. Jej siostry zajęły się drobnym poczęstunkiem i napojami. Fryderyk przez dłuższy czas stał samotnie obserwując zgromadzonych. Potworzyły się kilkuosobowe grupki. Rozmowy z szeptów przechodziły powoli w głośniejsze. Gdyby nie czarne stroje i brak muzyki, wyglądałoby to na normalne przyjęcie. Jan gdzieś zniknął.
- Pan przyjechał z Polski? – zapytał starszy mężczyzna podchodząc do Fryderyka.
- Tak. Jestem kuzynem Bernarda. Dokładnie to Bernard był stryjecznym bratem mojej matki…
- A to ja pana rodzinę znam. Jestem przyjacielem zmarłego ojca Bernarda. Razem przeszliśmy wojnę. Razem zostaliśmy tutaj. Wie pan, to zbliża ludzi. Nie było łatwo.
- Mogę sobie tylko wyobrazić. – powiedział Fryderyk.
- Lepiej nie pamiętać tych okropności. A po wojnie, kto nie był sprytny mógł nie przeżyć. Ojczyzna była w rękach sowietów, a tutaj nikt nami się nie przejmował. Wie pan, żeby oficer po wojnie został magazynierem, to woła o pomstę do nieba. Ja miałem szczęście. Kolega wciągnął mnie na wydział slawistyki na uniwersytecie.
- A tutaj jesteś dziadku! – podeszła młoda kobieta. – Nie zamęczaj pana - uśmiechnęła się czule do niego.
- Ależ skąd, pani dziadek wcale mnie nie zamęcza.
- Widzisz Basiu, miły młody człowiek.
- Wiem dziadku, ale musimy powoli iść.
- Akurat teraz? Jak w końcu znalazłem miłego polskiego rozmówcę. Jesteś bez serca. – zaśmiał się. A Fryderyk zauważył, że obydwoje mówią bez obcego akcentu.
- Niestety musimy wracać do domu.
- Jak dowódca mówi, że trzeba dokonać odwrotu, to trzeba. – trzasnął obcasami i skłonił się.
- Było mi miło. Dowidzenia. – Powiedział Fryderyk i w ostatnim momencie powstrzymał się od zasalutowania. Przecież nie miał czapki na głowie. Ukłonił się więc. Jeszcze przez jakiś czas patrzył na odchodzącą parę.


- Fryc, chcę ci przedstawić mojego narzeczonego. – Podeszła do Fryderyka córka Marii. – To jest Pierre. W końcu znalazłam swoją miłość. – szczebiotała jak nastolatka. Miała dwadzieścia sześć lat i nie była podobna do swojej matki. Na pewno nie miała tego samego gustu co ona. Była ubrana w luźne suknie i chusty. Fryderyk tylko domyślał się, że jest tego więcej na jego młodej kuzynce. – Wiesz, jest informatykiem. Studiował przez jakiś czas malarstwo. Głowę ma w chmurach, ale nogami stoi twardo na ziemi…
- Miło mi. Jestem Fryderyk – powiedział wyciągając dłoń do chłopaka.
- Wiem. – podał mu miękka dłoń. – Pierre.
- Pogadajcie sobie. Ja pójdę zobaczyć, czy ciotki mnie nie potrzebują. – powiedziała kuzyneczka po francusku, zaśmiała się, ucałowała Pierre’a w usta i uciekła. „Gdzie w tym wszystkim żałoba po ojcu?” pomyślał Fryderyk.
- Przyjechałeś z Polski? – zapytał Pierre gdy już zostali sami.
- Tak.
- Byłem w twoim kraju. – powiedział szybko. – Czy miasto Radom reprezentuje Polskę?
- Nie rozumiem twojego pytania.
- Nie rozumiesz po francusku mojego pytania?
- Nie rozumiem sensu tego pytania. Czy w Belgii masz miasto, które reprezentuje cały kraj? – powiedział Fryderyk starając się mówić powoli i bez cienia agresji. Po czym dodał.- Radom nie jest najciekawszym miastem.
- Ja nie widziałem tego miasta, ale moja koleżanka, której rodzice pochodzą z Radomia była tam na wakacjach i powiedziała, że to straszne miejsce.
- W takim razie przykro, że tam są jej korzenie…
- Widziałem Kraków i Kazimierz, wiesz, tę żydowską dzielnicę…
- Wiem, co to jest Kazimierz.
- Strasznie dużo tam synagog.
- Jak to w dzielnicy żydowskiej. – Powiedział Fryderyk patrząc jak Jan idzie w jego kierunku. Widział po jego ruchach, że coś się stało.
- A Warszawa…
- Fryc, musisz coś zobaczyć. – powiedział Jan po polsku podchodząc do nich.
- To jest Pierre, narzeczony naszej małej kuzynki.
- Miło mi.- powiedział po francusku Jan. – Chodź! – rzucił do Fryderyka.
- Warszawa jest dziwnym miastem, nie ma tam starych budynków. Ta starówka odrestaurowana. Wiem, że włoscy architekci budowali starą Warszawę. Mój ojciec jest Włochem… Ale to co teraz tam jest, nigdzie nie widziałem tak okropnego miasta…!
- Co mu jest? – zapytał Jan po polsku.
- Chłopiec leczy jakieś kompleksy, albo po prostu prowokuje. – odpowiedział Fryderyk.
- Chłopcze, widzę, że odrobiłeś swoją lekcję narodową. Ale czy wiesz, że Włosi nie tylko byli architektami Warszawy – dobrze opłacanymi przez polskiego króla – byli też w Warszawie i z innymi faszystami rozpieprzyli to miasto. Czy dobrze mówię po włosku? Zrozumiałeś mnie?! Vaffanculo! – gardłowo wyszeptał Jan. – A teraz chodź, szkoda na takiego dupka czasu. Przez lata emigracji nie raz natrafiałem na takich. – powiedział do Fryderyka po polsku i pociągnął go za sobą.
- Yes, Fuck you! – Przez ramię rzucił w stronę Pierre’a Fryderyk i poszedł za Janem. – Co mu powiedziałeś? Oprócz ostatniego zdania, które dobrze zrozumiałem…
- A… że dobrze odrobił swoją narodową historię, ale zapomniał o tym, że Włosi też byli w Warszawie, nie tylko jako architekci, ale i w kordonie wokół miasta, i uczestniczyli w rozpieprzaniu go.
- Włosi? Nie wiedziałem.
- No trochę nagiąłem historię. Tworzyli rodzaj trzeciego kręgu wokół Warszawy, raczej kucharze niż snajperzy. Nie ważne! Musisz coś zobaczyć!

sobota, 7 czerwca 2008

Pogrzeb


Pogrzeb odbył się w jesiennym słońcu.
_

środa, 28 maja 2008

Zahaczyli jeszcze o kilka knajp. W Bécasse wypili po jednym Westralle triple. O jedno za dużo. W L’Opera wypili Kwak, który oprócz odgłosu, który wydobywał się w pewnym momencie ze specjalnej szklanki umocowanej na drewnianym stelażu, nie miał w sobie nic specjalnego. Fryderyk nie omieszkał tego zauważyć.
- To takie turystyczne…
- Fryc, nie narzekaj! – powiedział Jan i zaciągnął go do Mort Subite. – Jeżeli teraz powiesz, że to też jest „turystyczne”, to się obrażę.
- Nie byłbym sprawiedliwy, ale… muszę coś zjeść. Nie mogę żyć tylko na serkach, plasterkach salami i piwach.
- Znam dobre miejsce…! – krzyknął Jan i zaciągnął Fryderyka do knajpy hiszpańskiej. To co tam się zdarzyło, było trochę krępujące dla Fryderyka. Ale był tak głodny, a dania tak pachnące i smaczne, że postanowił nie uciekać. A myślał, że będzie musiał.
Jan koniecznie chciał zaprzyjaźnić się z szefem kuchni. Mówił tylko po katalońsku i tak naprawdę, to chciał sam ugotować coś wspaniałego dla swojego nebot. Gdyby nie to, że szef był pobłażliwy a Fryderyk bardzo, ale to bardzo spokojny i przepraszający obydwaj wylecieliby na kopach i to na tyłach knajpy.
W końcu Jan pogodził się z tym, że kucharz tutaj rządzi, a Fryderyk miał przed sobą deskę z pokrojoną ośmiornicą, która ociekała oliwą. Jadł i myślał, że życie jest piękne. Na moment przestał myśleć o śmierci i o Bernardzie. Martwym Bernardzie. Jeżeli go wspominał, to jako Bernarda, którego tym razem nie ma z nimi. I ta wersja mu odpowiadała.


*


Zwlekli się na wieczór. Dwie siostry Marii były oburzone ich stanem. Trzecia była nieobecna. Jan się lekko zataczał i wygłaszał mowy pogrzebowe. Maria gorzko się uśmiechała i próbowała załagodzić sytuację. Fryderyk zaciągnął Jana do ich pokoju i zaproponował drzemkę. Jan po chwili głośno chrapał. Fryderyk wszedł na górę. Kobiety jeszcze dyskutowały na temat „skandalicznego zachowania Jana”. Widać, szybko zapomniały o młodzieńczej, wyidealizowanej miłości. Miłość z otartymi ustami spała i śniła koszmary.
- Wiem, że nie ma usprawiedliwienia dla naszego zachowania… - zaczął Fryderyk
- Fryderyk, ty nie zrobiłeś z siebie bydlęcia, to twój wujek… jak śmie w taki dzień upijać się!?
- Kasiu, daj spokój. – powiedziała Maria.
- To co mogę powiedzieć, to to jest alkohol i wrażliwość. Niebezpieczna mieszanka. Prawdopodobnie nie może sobie dać rady ze śmiercią Bernarda… też z innymi sprawami. Jutro nie będzie takiej sytuacji, wierzcie mi. – mówił Fryderyk.
- Nie musisz się tłumaczyć.- Powiedziała Maria. – Kto ma ochotę na herbatę? – szybko zmieniła temat. Siedzieli w czwórkę. Fryderyk słuchał. One mówiły, nie do niego. Wiedział, że nie rozmawiają swobodnie. Czuł się tym skrępowany. Wypił herbatę, podziękował za towarzystwo, przeprosił je i wyszedł. Zrobił to według zasad dobrej kindersztuby. Doceniły to.