środa, 7 maja 2008


10, rue de mort

Do Brukseli wjechał tak, że jeszcze zobaczył jej słynne jesienne butelkowe niebo. A później nastał wieczór. Skręcił z dużej ulicy w lewo, w małą uliczkę, później w prawo, w jeszcze mniejszą i zatrzymał się przed numerem 10. Wciśnięty między dwa apartamentowce z lat siedemdziesiątych stał wąski domek o dwóch piętrach. Jego fasada z lat trzydziestych nasuwała na myśl ostatniego strażnika dawnych terenów. Krótko rzecz ujmując: dom nie pasował już do tej ulicy.

Uchylił starą furtkę. Nie skrzypnęła nawet. Przeszedł pięć kroków małym chodnikiem, nogami trącając jakieś kwiaty. Przy drzwiach odnalazł mały, podświetlony przycisk (bez nazwiska czy numeru). Nacisnął. W ciemności lekko rozbitej światłem z okien pierwszego piętra, rozbrzmiał dziwaczny, starodawny dzwonek. „Czy to jakaś bajka, a może horror?” pomyślał Fryderyk czekając, aż ktoś go wpuści. Właśnie miał ponownie nacisnąć dzwonek, gdy nad nim otworzyło się okno i zobaczył w nim na wpół wychylonego Jana.
- Pchnij drzwi! Są otwarte. Wejdź na górę. – Powiedział i zniknął.
- Dobra. – odpowiedział pustce Fryderyk i pchnął drzwi.

Walizkę postawił w hollu, przy schodach i wszedł na górę. Tam już czekał na niego Jan. Objął go tak mocno, że Fryderyk prawie stracił dech. „W dalszym ciągu ma parę.” pomyślał ale równocześnie zauważył, że od ostatniego spotkania postarzał się.
- Cześć, jak się masz? – wyszeptał Fryderyk.
- U mnie wszystko dobrze. Dlaczego szepczesz? – zapytał Jan.
- Nie wiem… - dalej szeptał. – Może mi to zaraz przejdzie. A gdzie Maria? – już na głos zapytał.
- W salonie, rozmawia przez telefon, chodź… - pchnął lekko siostrzeńca w stronę dużego pokoju. – Zjesz coś, napijesz się?
- Na razie dziękuję.
- „Na razie” ? Później nie będę proponował – uśmiechnął się.

Maria właśnie odłożyła słuchawkę i stojąc przy pięknej komodzie (na której stało kilka zdjęć w różnych ramkach oraz secesyjna lampa naftowa), wyglądając dostojnie otworzyła ramiona. Fryderyk podszedł i przytulił ją.
- Fryc, kochany! – załkała.
- Marysiu! – szepnął Fryderyk i zobaczył scenkę z Arizona Dream jak siostrzeniec spotyka się ze swoim wujkiem i dialog między nimi dokładnie brzmi:
- Axel, Axel, Axel…
- Leo, Leo, Leo…
I tylko tyle.

Maria w swoim nienagannym stroju podała do stołu zupę kremową z pora i kilka kromek razowego chleba. „No tak, trzeba będzie się na te dwa dni przestawić” pomyślał Fryderyk zasiadając przed tym daniem.
- Jedz, kochany, my już jesteśmy po kolacji. Wina?
- Poproszę.
- Jak podróż, męcząca?
- Trochę.
- Jestem wam bardzo wdzięczna, że przyjechaliście… z tak różnych stron świata.
- Jesteśmy rodziną.
- A ty z Bernardem jesteś podwójnym ogniwem naszych rodzin. – Dopowiedział Jan wznosząc kieliszek z czerwonym winem.
- Tak. – zamyśliła się Maria. – Byliśmy… ogniwem. W ostatnich latach dość słabym, ale jednak byliśmy. – wzniosła swój kieliszek.
- Za Bernarda! – powiedział Jan, a Fryderyk spojrzał na Marię, która kiwnęła głową, wiec wzniósł i swój kielich.
- Twoje siostry już przyleciały? – zapytał Fryderyk, gdy już upili łyk wina.
- Jutro rano przylatują.
- Słuchaj, może wynajmiemy z Janem pokój w hotelu. Nie chcemy Wam przeszkadzać.
- Nie przeszkadzacie. Na parterze jest pokój dla was. Możecie zostać dłużej. Bernard byłby zadowolony. – powiedziała i łzy napłynęły jej do oczu.