poniedziałek, 30 czerwca 2008

Spokojnym krokiem dochodzili do Place Saint Catherine. Byli w swoich czarnych garniturach. Cały czas podnieceni rozmawiali o konstrukcji. Postanowili jutro z samego rana pojechać do tej miejscowości w Ardenach, gdzie Bernard, przez kilka lat stawiał swój dom. Dom, którego nigdy nie dokończył.
- Dzień dobry. Poprosimy o talerz ostryg i moule’i. – Powiedział Fryderyk gdy znaleźli się już u celu.
- Dzień dobry. - Powiedział rudy właściciel straganu z owocami morza. – Moule z sosem?
- Tak, poprosimy. Do tego dwa razy wino. – Powiedział Jan.
- Dobrze.
- A gdzie pana pies, Bigoudi? – zapytał Jan tak jakby bywał tutaj co tydzień. Lubił taką atmosferę wokół siebie.
- Bigoudi? Ach! Zmarł rok temu. Był już stary. – wyszeptał sprzedawca i zaczął otwierać ostrygi, i układać je równo na talerzyku.
- Przykro mi – niesłyszalnie wyszeptał Fryderyk. Jan oparty o blat pod namiotem straganu wzniósł kieliszek z białym winem i stuknął się z Fryderykiem.
- To jutro z samego rana jedziemy!
- Tak.
- O której mogę cię obudzić?
- O której chcesz…
- To już nie śpisz do dziesiątej?
- Przeszło mi to. – zaśmiał się Fryderyk. – O szóstej?
- Dobra. Wiesz jak tam dojechać?
- Mam mapę i GPS. Dojedziemy.
- Niezłe są te elektroniczne gadżety. – powiedział Jan, który laptopa nazywał „małym komputerkiem” .
- Ułatwiają życie. Myślisz, że nie będziemy mieli kłopotu z wejściem na teren?
- Nie. Maria mówiła, że trzeba wjechać na teren, zostawić samochód przed domem i wejść na górę, na której stoi konstrukcja.
- A czyj to dom?
- Jakiegoś bliskiego przyjaciela Bernarda… Chyba ma na imię Max. Maria coś mówiła o nim. W każdym razie nie ma problemu. Ma go uprzedzić o naszej wizycie. Zresztą my tylko tam zostawimy samochód i przejdziemy do domu Bernarda.
- Słuchaj, jak to dokładnie było z Bernardem i Marią?
- Co masz na myśli? – zapytał Jan przełykając ostrygę.
- Z ich rodzicami… Ich rodzice byli przed wojną kochankami?
- To chyba za dużo powiedziane… Ale Ojciec Bernarda znał się z matką Marii. Coś tam między nimi było. Ale wojna ich rozdzieliła…
- Ojciec Bernarda był bratem dziadka, a matka Marii siostrą babci?
- Tak. Ale im nie wyszło. – zaśmiał się Jan. – Dopiero ich dzieci skonsumowały tę miłość. Nawiasem mówiąc ta konsumpcja też im do końca nie wyszła. Chyba nie byli udanym małżeństwem.
- Ciekawe jak czuli się małżonkowie ojca Bernarda i matki Marii, jak dowiedzieli się o ślubie swoich dzieci…
- Nie wiem, ale czy to ważne? Jedz.
- Dla nich chyba tak.