poniedziałek, 21 kwietnia 2008

*

Z salonu dochodziły odgłosy jakiejś koszmarnej kreskówki i chichot chłopców. Usiadł w fotelu, w tak zwanym swoim gabinecie. Gabinet był małym pokoikiem, gdzie mieściło się kilka jego rzeczy i wszyscy tam mieli coś do załatwienia. Był po rozmowie z matką, która wypytała go tak szczegółowo o śmierć Bernarda, jakby kuzyn zmarł właśnie dopiero co na jego rękach. Starał się odpowiedzieć jak najszczegółowiej, nawet razem z nią snuł przypuszczenia co do okoliczności zgonu. Na koniec obiecał, że zadzwoni, jak tylko czegoś więcej się dowie.



Teraz siedział w fotelu. Trzymał telefon w dłoni i się rozglądał po tym swoim pokoiku. Żona miała rację: Bałagan. Nieustający, rwący bałagan papierów, którego źródłem był właśnie on. „Chrzanić to” pomyślał. Przed sobą miał dłuższą rozmowę z bratem matki.
- Halo?!!! – z francuskim akcentem odezwał się Jan. Doskonale wiedział, że to Fryderyk, bo jego numer wyświetlał się w górach, w Hiszpanii.
- Cześć…. – starał wbić się we właśnie rozpoczynający się potok słów.
- Fryc, kochany! Przypomniałeś sobie wreszcie o mnie!!! Byłem dzisiaj w górach, wiesz, na tej skale, gdzie kiedyś cię zabrałem i tak mi się przypomniałeś. Fajnie by było zobaczyć się. Przyjedziesz? – zaśmiał się.
- Nie, ale chyba będziemy mieli okazję się spotkać. Bernard zmarł! – jednym tchem wycedził.
- Kiedy?
- Dzisiaj. Maria dzwoniła, ale była roztrzęsiona i nic więcej nie wiem. Powiedziałem, że do niej jeszcze dzisiaj zadzwonię. Mama już wie.
- Zadzwonię do Marii!
- Dobra. Oddzwonisz do mnie później?
- Oczywiście.
- Wiesz, myślę, że dobrze by było pojechać na pogrzeb.
- „Dobrze by było”! Co za sformułowanie? – żachnął się. – Musimy pojechać, to nasz kuzyn. Mój i twojej matki ojciec z jego ojcem byli braćmi…
- Przecież wiem.
- Dobra, zadzwonię do Marii, dowiem się kiedy jest pogrzeb. Wiesz na co zmarł?
- Nie.
- No dobra… widzisz, to jest jedyna pewna sprawa w naszym życiu: śmierć.
- No tak… to czekam na twój telefon. – Fryderyk pozostał jeszcze przez chwilę w fotelu. Dopóki drzwi z łomotem nie otworzyły się i pojawili się w nich jego dwaj mali, przepychający się synkowie.
- Jedziesz z nami do dziadków? – zapytał młodszy.
- Nie, bo tacie zmarł kolega! Mówiłem ci. – szybszy od ojca był starszy syn.
- Nie kolega, kuzyn. – sprostował Fryderyk.
- Znałem go?
- A ja? – dopytywał młodszy.
- Nie.
- Był stary?
- Według waszej miary wieku, to chyba tak. – uśmiechnął się. – Słuchajcie ten fotel jest jednoosobowy. – stęknął próbując zestawić ich z siebie na podłogę.
- To nie pojedziesz z nami? – dopytywał młodszy.
- Nie, nie tym razem, ale ucałujcie mocno dziadków ode mnie, dobrze?
- Dobrze.
- Jest ci smutno, że ten kuzyn zmarł? – zapytał starszy.
- Tak. Mimo, to że rzadko się spotykaliśmy, to jednak rodzina. Pamiętam, że jak byłem w waszym wieku, to przyjechał do mnie i dał mi w prezencie plastikowy model samolotu do sklejania.
- Cieszyłeś się?
- Tak. To był jedyny model, który skleiłem.




Walizka



Wyszedł z internetowej strony kolejnych tanich linii lotniczych, które proponowały przelot do portu Bruksela-Charleroi. Z tego co pamiętał, a później jeszcze sprawdził Charleroi nie leży w rejonie Brukseli a mniej więcej godzinę drogi od niej. Postanowił pojechać samochodem.
- Ale zostawisz nam vana! – dzień później powiedziała na to żona.
- Oczywiście, wezmę mały. Po co mi, tylko dla mnie, ta kobyła? – zaśmiał się.
- Dobrze. Na ile chcesz jechać?
- Kilka dni.
- Dobrze, bo musimy się zorganizować…
- Fajnie… - powiedział. „Od kiedy ona jest taka zorganizowana” pomyślał i rozbawiło go to.

Siedział w swoim pokoiku i palił waniliową cygaretkę. Przed nim stał kubek ze świeżo zaparzoną kawą. Zaszalał wsypując dwie łyżeczki cukru. Wysłał już ostatniego maila. Ustawił wiadomości na komunikatorach i w poczcie elektronicznej, że jest w podróży. „Tak jakby wiele osób było tym zainteresowanych” pomyślał i przez moment zastanawiał się nad zostawieniem informacji typu: umarłem lub już nie wrócę, ale w końcu uznał to za zbyt infantylne.

Zjechał do garażu. Wsiadł do starej corsy. Wyjechał na ulicę. Ustawił GPS w telefonie.
Świeciło słońce, drzewa miały jeszcze na sobie liście. Chociaż ich część ścieliła się u korzeni. Jakiś spóźniony rodzic ciągnął zaspane dziecko do szkoły czy przedszkola. Maluch był przerażony nerwowością dorosłego i darł się okrutnie. Trawa na osiedlu była zielona, ale zaraz dalej, ta niczyja, zdążyła przejść w niepamięć, lub w słomkowe odcienie. Pomyślał, że już wystarczy, że powinien zawrócić, że po co gdzieś tak daleko jedzie, tyle pieniędzy i czasu marnować… Znał ten stan, zawsze go dopadał na początku podróży.
- Za 200 metrów skręć w lewo­ – odezwał się kobiecy głos z nawigacji.
- No, przynajmniej nie będę samotny – powiedział. – A propos skręcania, to czas coś zapalić – sięgnął po papierosa. – Za Warszawą znajdziemy jakiś bar z dobrą kawą. Co ty na to?
- 11 kilometrów prosto – powiedział głos
- To mi się podoba.
Włączył radio. Do Kostrzyna na Odrą miał kawał drogi i to ciężkiej. Przypomniało mu się jak kiedyś był świadkiem rozmowy przy kierunkowskazie „Kostrzyn n/O”.
- Stary co to jest „Kostrzyn n zero”?
- Nie wiem.
„No właśnie tam jadę” pomyślał i dodał gazu.