środa, 30 lipca 2008

Fryderyk zszedł do miasteczka i kupił, jak mu się wydawało, najważniejsze rzeczy: chleb, kiełbasę, piwo i wino, a na wieczór makaron, pomidory i mięso mielone. Zatrzymał się przy małym sklepiku i kupił jeszcze toscanelii – włoskie, mocne cygaretki.
Jeszcze z miasteczka zadzwonił do żony i powiedział, że jego wyjazd się przedłuży. Nie wspomniał o idei dokończenia budowy. Zdziwił się, że nie ma pretensji. Gdy się rozstawali potrafili być dla siebie mili. Chyba jej też nie było spieszno do spotkania z mężem.
Gdy dotarł na górę zastał Jana przebranego już w kombinezon.
- Niestety ten lepszy jest za mały na mnie.
- Cieszę się. – zaśmiał się Fryderyk. – Chcesz piwo?
- Jak belgijskie, to nie odmówię. – uśmiechnął się i wziął butelkę Chimay. – Tu są deski. Wybrałem gwoździe, młotki i piłę. Ty piłujesz, ja jestem za stary na to. – uśmiechnął się oprowadzając Fryderyka po na nowo rozpoczętej budowie. W każdym razie dla nich rozpoczętej, bo w rzeczywistości zbyt wiele się nie zmieniło. – Zobacz, tutaj rozpoczął układać podłogę…
- Dość toporną…
- Roboczą. Jeżeli dzisiaj byśmy dołożyli tę ścianę, i kawałek podłogi, to możemy spać tutaj.
- Dobra. Jakaś miarka jest?
- Jest. Jest nawet „koziołek”. Wszystko zabezpieczone. Logicznie poukładane.
- Zazdroszczę takiej organizacji.
- To co? Najpierw ta ściana, czy dołożymy trochę podłogi?
- Ściana.
- Chcesz ją później ocieplić od środka?
- Po co? Właściwie to nie ma sensu. Jeżeli to robimy dla Bernarda, to bez okien i drzwi. Nie są mu potrzebne. – powiedział Fryderyk.
- Masz rację. Przebieraj się i zabieramy się do roboty.

Dla Fryderyka najwięcej kłopotu sprawiło wzięcie do ręki pierwszej deski, przyłożenie jej do ściany, odmierzenie, przycięcie, ponowne przyłożenie, wypoziomowanie i przybicie. Gdy pierwsza deska była już kolejną częścią domu Fryderyk odetchnął i dalsza praca szła mu znacznie lepiej. Przypominał sobie gesty z poprzednich prac. To było dla niego niczym odtwarzanie rysunku. Przy piątej desce złapali już swój rytm. Ukradkiem spojrzał na Jana. Nie był już tak sprawny jak dawniej. Przypomniał sobie gdy pierwszy raz pracował z Janem przy jego konstrukcji. Miał wtedy siedemnaście lat i przez dwa pierwsze dni nie robił nic innego, tylko piłował ręczną piłką wyschnięte pieńki dębowe. Pod koniec dnia takiej pracy nie był w stanie utrzymać kubka z herbatą. Za to jak wrócił z „wakacji u wujka w Hiszpanii”, to mógł się pochwalić sporymi bicepsami. A wtedy było to dla niego ważne.
- Dobrze nam idzie, co?
- Dobrze. – powiedział Jan.
- A pamiętasz, jak prawie mi odciąłeś kciuka?
- Nawet mi nie przypominaj! – wzdrygnął się.
- Dla mnie jest to przykład, co może się stać gdy wpadasz w rutynę i jesteś zmęczony. Opowiadałem o tym zdarzeniu synom. Jako przestrogę. Bo niedługo też zaczną piłować drewno. Niech wiedzą, że nie można liczyć na wprawę przy takich sprawach.
- Podaj mi kilka gwoździ. – Jan chyba nie chciał wspominać tego zdarzenia z piła spalinową.
- Dobre gwoździe.
- Tak.
- Szkoda, że dzień jest krótki, tak to moglibyśmy podciągnąć robotę.
- Uważaj, nie przepracuj się, bo jutro nie będziesz mógł wstać. Ty chociaż spacerujesz tam u siebie, czy tylko za biurkiem siedzisz?
- Spaceruję. Chodzę po Antka do szkoły. Dwa kilometry w jedna stronę. No chyba, że pada. To jadę samochodem. Ale dawno nie pracowałem fizycznie. Uwielbiam dotykać drewno. Lubię jego zapach. Jak sobie modelujesz taką deskę… tu przytniesz, tam przytniesz i już wszystko pasuje…
- Albo do wyrzucenia. – zaśmiał się Jan.
- Słuchaj, jak tak dalej pójdzie, to jutro skończymy.
- Rozumiem, że przerwa…
- Piwko?
- Tak. Zapal sobie.
- Zapalę. Kupiłem Toscanelli.
- A, to poczęstuj mnie.
Usiedli na stercie desek. Pili piwo wprost z małych butelek. Fryderyk wyciągnął małe kartonowe pudełko, w którym ukryte było pięć twardych cygaretek, z bardzo ciemnego tytoniu, w kształcie pogiętej, rozszerzającej się z jednej strony tuby.
- Piękne, co?
- Piękne. – przyznał Jan. – Tak myślę, że mój ojciec odnalazłby się tutaj z nami. Siedziałby na rozkładanym foteliku. Palił papierosy. Czytał gazetę. Od czasu do czasu zamienił z nami parę słów.
- Na pewno by było miło. – powiedział Fryderyk. Pomyślał, że skąd jego dziadek miałby polską gazetę tutaj. Zaraz skarcił się w myślach, no bo przecież oni mogliby mu ją przywieźć. A poza tym chodzi tylko o wizję syna. – Cieszę się, że go znałem. Mimo rozwodu dziadków. Mówiłem ci, jak go poznałem? – zapytał Fryderyk. Zrobił krótką przerwę na ewentualne „tak, wiele razy” swojego wujka. – Wszedł do nas do domu. Moja siostra rzuca się na szyję jakiemuś obcemu facetowi. Ojciec mówi mi, że to mój dziadek. Babcia, która akurat wcześniej przyszła do nas, siedzi w kuchni i się nie odzywa. Potem gdzieś poszła, do innego pokoju. W końcu ja zostałem z nim i ojcem. Siedziałem przy stole razem z nimi. Wszystkie kobiety zniknęły. Babcia i matka obrażone. Pamiętam je takie milczące. Zabrały moją siostrę. Zostaliśmy sami. Tylko my, faceci. Pachniał papierosami. Wspaniały zapach. Możliwe, że przez to palę. Siedziałem a oni gadali o sprawach, których zupełnie nie rozumiałem, ale najważniejsze było, to że mnie nie odtrącili. Pamiętam, że ojciec podszedł do barku i wyciągnął butelkę wódki. Pierwszy raz widziałem go z butelką wódki. Nalał swojemu ex-teściowi i sobie. Pamiętam, że to był jeden kieliszek dla każdego. Potem mój odkryty dziadek poszedł. Wróciły kobiety. Pamiętam wzburzoną matkę i babcię. Miałem wtedy chyba pięć, albo sześć lat. Mało rzeczy pamiętam z tego okresu. Ale to jest jak płaskorzeźba. Pamiętam gdzie stał stół w salonie, jakie było światło…
- Bardzo się cieszył, jak się urodziłeś. – skwitował Jan. – Dopal sobie. Ja pójdę się wysikać.
Fryderyk rozejrzał się wokół. Wycięta polanka mogła mieć osiemset metrów. Wokół rosły dęby, jedna topola, dużo głogu, który ktoś próbował ukształtować w rodzaj ogrodzenia. Po prawej stronie, za głogiem po zboczu schodził las świerkowy. W równych rzędach. Ktoś nie zrobił w odpowiednim czasie przecinki. Za jego plecami, jakieś sto metrów, była droga oddzielająca teren konstrukcji od lasu, przez który tu weszli. Dokąd prowadzi droga? Jeszcze nie wiedział. Obiecał sobie, że nią pójdzie, może następnego dnia. Przed nim tliły się ślady zapomnianego obozu. Wszystko porośnięte trawą. Odnalazł rodzaj szafki, w której tkwiły kubki i zardzewiałe sztućce, jakieś talerzyki, puszka. Niedaleko od tego „kredensu” odkrył miejsce na ognisko. Otoczone było łupkami skały. Pozbierał kilka gałązek, trochę trawy, zgarnął obrzynki desek i podpalił to wszystko. Rozejrzał się za jakimiś większymi gałęziami.
- Widzę, że się zadamawiasz. – powiedział Jan podchodząc do ogniska.
- Zawsze będzie milej. Będziemy mieli jakiś punkt odniesienia w tej topografii.
- To może od razu zrobimy jakieś małe jedzenie? Zobacz, tu jest rodzaj rusztu. – Jan wyciągnął z trawy podrdzewiałą kratkę. – Przetrze się, przepali i będzie dobrze.
- Daj. Zobaczymy co da się z tym zrobić. – Fryderyk dorzucił drewna do ogniska. Na to wszystko położył ruszt. – Dokończmy ścianę. – powiedział i poklepał Jana po plecach.
Po godzinie siedzieli już przy odkrytym w konstrukcji stole i jedli kiełbasę z rusztu z chlebem.
- Kiedyś zastanawiałem się, dlaczego robotnicy jedzą tyle kiełbasy…
- No i do jakich wniosków doszedłeś? – zapytał krztusząc się ze śmiechu Jan.
- Że muszą dostarczyć sobie szybko dużo energii.
- Kiełbasa jako symbol szybko dostarczonej energii. Ciekawe.
- Masz mięso, tłuszcz. Od razu gotowe do jedzenia. Możesz podgrzać.
- Wspaniała sprawa! – śmiał się Jan. – Cieszę się, że tu jesteśmy. Nie spodziewałem się tego.
- Ani ja. Myślę, że to mi dobrze zrobi. Przynajmniej nie będę myślał o tym, jak nieudane mam życie…
- No co ty gadasz! To, uważasz za nieudane życie. – Jan niczym władca rozpostarł ramiona, jakby chciał objąć okolicę.
- „To” może mi pomóc.
- To o co chodzi?
- Jakoś tak ostatnio nie układa mi się. Nie idzie mi z robotą, co za tym idzie z żoną. A odkrycie tego związku skutkowo-przyczynowego nie pomaga mi.
- A co ty myślałeś, że baba będzie cię kochała tak bez przyczyny?
- Tak.
- Musi być tobą zafascynowana. Rób swoje.
- Czasami ciężko jest… robić swoje. Poza tym jak się dowiadujesz - post factum - o zmianie priorytetu w strukturze fascynacji, to nie ułatwia sprawy. Zresztą nieważne. Fajnie, że możemy tutaj być. To co, jeszcze dwie ścianki dzisiaj?
- Żebyśmy za szybko nie skończyli. Podoba mi się tutaj.
- Mi też. – zaśmiał się Fryderyk. Wstał od stołu. – Słuchaj, jeżeli zrobimy te trzy ściany i dołożymy trochę desek do podłogi, to moglibyśmy tutaj zamieszkać.
- Dobry pomysł. Ale dzisiaj jeszcze w domu, na dole. Dobra?
- Dobra.

Brak komentarzy: