Stary, żeliwny piecyk okazał się poważnym wyzwaniem. Najpierw trzeba było go wyrwać z objęć krzaków, potem doprowadzić do podstawowej użyteczności. Po naoliwieniu zawiasów drzwiczek doszli do wniosku, że mogą spróbować przenieść kozę do konstrukcji.
- Cholera! Ona waży z 200 kilo! – stęknął Fryderyk.
- Chcesz zrezygnować?
- Żeby spać w willi? Nigdy! Jeżeli już robimy to wszystko co dla innych prawdopodobnie byłoby tylko czystym wariactwem lub dziecinadą, to musimy tę cholerną kozę zataszczyć do środka naszego grobowca!
- Fryc, a nie można prościej? Po prostu bierzmy się za nią! – zaśmiał się Jan.
- Dawaj ją! – szarpnął piecykiem, aż zgrzytnęło. Nie był pewien czy to dobiegło z piecyka, czy z niego. Po pół godzinie ponownie siedzieli przy stole. Ciężko oddychali.
- Ale skubana ciężka!
- No. - przyznał Fryderyk. – Nie myślisz, że czasami to ociera się jednak o wariactwo?
- Co?
- To co robimy teraz? Dla przykładu. A propos szaleństwa. To mamy do tego rury? – zaczął się śmiać.
- A co ty myślisz? Sprawdziłem to. Są w tej komórce na dole. Są nawet podpisane…
- Podpisane? Jak, „Bernard”?
- Tak.
- To nie tylko my jesteśmy nienormalni. Większość kobiet, znanych mi kobiet, patrząc na to co robimy, powiedziałaby „zupełnie jak mali chłopcy” albo coś o szaleństwie.
- Bo te większość znanych ci kobiet albo zazdrości, albo nie wie o co chodzi…
- A my wiemy, tak do końca?
- Może i nie, ale czujemy. – powiedział Jan i zaraz dodał – napijemy się kawy?
- Dobra. – Fryderyk wstał, aby ją przygotować. Wiedział, że Janowi właśnie o to chodziło.

Zamontowanie rur, to już była przyjemność. Były proste, więc łączyły się niczym puzzle dla dwulatka. Dobry kwadrans sprzeczali się jak poprowadzić komin, czy przez dach, czy przez ścianę. Znaleźli kawałek roztrzaskanej ceramicznej rury. Związali ją drutem i włożyli w przygotowany wcześniej otwór w ścianie. Szybciej niż się spodziewali koza była gotowa do grzania. Fryderyk szybko nazbierał obrzynów desek, trochę trocin i podpalił. Przez chwilę czekali w napięciu. Ogień buchnął żółcią. Dym nie wydostawał się na złączeniach rur. Wychodził czystą szarością z ostatniego odcinka metalowego węża. Jan delikatnie dotknął rury odchodzącej od kozy.
- Zobacz, już ciepła. Nie zmarzniemy w nocy.
- Miło. Fajnie, że jest tutaj fajerka, rano będzie można zrobić kawę. A może napijesz się jeszcze?
- Ja już nie, dziękuję.
- A ja sobie jeszcze zrobię. – powiedział Fryderyk i poszedł po naczynie.
- Ach! Zrób i dla mnie! Ale małą – krzyknął za nim Jan.
Znowu siedzieli przy stole. W piecu buchał ogień. Ciepło przyjemnie wypełniało pomieszczenie.
- Ile tu może być metrów? – zapytał Fryderyk.
- Ponad sto.
- Też tak myślę. Kawał chałupy. Po co duchowi taka przestrzeń?
- Co ty gadasz?! To jest jak pomnik. To nie jest miejsce dla ducha. – żachnął się Jan.
- Chyba że dla naszych. Nasze duchy tutaj zostaną. Jakaś część.
- Fryc, kochany, dopijaj kawę i bierzemy się za robotę.
Fryc dopił kawę i wziął się za robotę. Szybko dobili brakujące ściany. Zostawili jedną, przez którą mogli wchodzić. Znowu długo dyskutowali czy może ją zrobić do połowy a może zostawić na następny dzień, tak żeby Maria mogła zobaczyć konstrukcję od środka. Wygrała opcja: kilka desek od góry i od dołu. Przybili płachtę z brezentu, żeby im nie wiało.
Gdy schodzili do willi było już ciemno. Zanim zdążyli wziąć prysznic i pozabierać śpiwory oraz gąbki służące im za materace była już noc. Ciężko im się wchodziło. Trudny wspinaczki wynagrodziło im ciepło w konstrukcji. W piecyku cały czas palił się ogień. Wcześniej już nagromadzili drewno. Jan dorzucił kilka krótkich pieńków. Rozłożyli gąbki i śpiwory obok kozy. Fryderyk postawił na niej czajnik z wodą.
Siedząc na swoich posłaniach trzymali w dłoniach kubki parujące herbatą. Wpatrywali się w ogień. Było im ciepło. Czuli się zmęczeni i równocześnie spełnieni. Fryderyk przypominał sobie jak miłe jest to uczucie.
- Ten wystrój przypomina mi pierwsze miesiące w naszym nowym mieszkaniu – przerwał ciszę Fryderyk.
- Chyba było bardziej urządzone. – zaśmiał się Jan.
- Bardziej. Chociaż też nie było drzwi wewnętrznych. To jest dziwne, w poprzednim mieszkaniu mieliśmy mniej rzeczy, ale za to więcej nadziei. Kartony, raczkujące dziecko i nadzieja.
- Nie myślałeś o pomocy specjalisty?
- Chodzi ci o psychologa? – Fryderyk wyrwał się z lekkiego letargu.
- Tak.
- Tak.
- I co?
- I przechodzi samo. Parę razy chciałem dla siebie. Parę dla nas. Ale jakoś to samo przechodzi.
- Przechodzi do następnego razu. Ty masz prawdopodobnie depresję. A to się leczy.
- Możliwe. Ty masz dopalacz w postaci hiszpańskiego słońca.
- Taki dopalacz, jak to określasz, że na nic nie masz ochoty. Poza tym jest tramontana. Nasz halny, to lekki wietrzyk w porównaniu z tramontaną. Ludzie wieszają się gdy przechodzi przez góry. – Jan zamyślił się. Przez chwilę milczeli wpatrując się w ogień.
- Dziwnie życie się układa. – zaczął Fryderyk. – Popatrz, Maria i Bernard mogliby być rodzeństwem. Gdyby ich rodzice mieli może więcej śmiałości albo szczęścia. Bernard i Maria nie byliby małżeństwem. Nie mieliby córki. Może w ogóle by ich nie było. Nie siedzielibyśmy teraz tutaj.
- Jak byłem mały, to podsłuchałem rozmowę mojej matki z jedną z ciotek. Mówiły o dziecku i o wstydzie. Dla mnie było to dziwne, niepokojące. Prawdopodobnie Maria i Bernard mają brata.
- No co ty?!
- Chyba tak, ale to było tabu. Ten wstyd dla obu rodzin.
- Myślisz, że wiedzą o tym?
- Maria?
- No.
- Nie wiem. Nie sądzę. Chłopiec miał być wysłany do ojca. Nie kojarzę, żeby Bernard mówił coś o tym tajemniczym bracie. Chyba też nie wiedział.
- Może tylko o tym się nie mówiło. Może ojciec Bernarda zaopiekował się swoim pierworodnym, ale nie przyjął do rodziny. Może oddał do adopcji. Cholera, ten „łącznik” może jest tutaj, w Belgii.
- Może, ale nie myślę, żebyśmy dali radę rozwiązać tę zagadkę.
- Życie jest popieprzone. – stęknął Fryderyk.
- Życie jest ciekawe. – powiedział Jan. – Trochę za mocno tutaj napaliliśmy. – wystawił język niczym zmęczony pies.
- Chyba rzeczywiście przesadziliśmy, do tego nie możemy otworzyć okien. – zaczął się śmiać. – Słuchaj, to jest jak szałas potu! – krzyknął.
- Masz nadzieję na oczyszczenie ducha?
- Chyba już nie. Byłem niedawno u znajomych. Mają mały teren na Mazurach ze starą chatą i dwoma barakami zaadoptowanymi na coś w rodzaju domku…
- I…
- I niestety wypiłem chyba z 4 kieliszki wiśniówki własnej roboty. Nalewka była na jakimś paliwie atomowym. No i odpłynąłem. Położyłem się na jakimś wyrku w tej starej, wiejskiej chałupie. Ze ścian patrzą na mnie Jezus Chrystus i Maryja Matka Jego. Z innej ściany zapomniana i dawno w proch obrócona młoda para. Żona obok mnie, bo zaniepokojona moim stanem. Nie pamiętam czy to ona, czy ja sam wyciągnąłem z siebie mały korek… ale żal długo przez tę dziurkę wylewał się.
- Dlaczego mi to opowiadasz?
- Bo jak już doszedłem do siebie, to pomyślałem, że ta stara, polska chata z właścicielami zamieszkującymi barak, była takim szałasem potu. Chyba coś za dużo powiedziałem, bo następnego dnia żona mi rzuciła, że nie przypuszczała, że jestem tak nieszczęśliwy.
- A jesteś? – Jan popijał herbatę i poważnie zaniepokojony patrzył na swojego siostrzeńca. Pierwszy raz go takiego widział.
- Sam nie wiem. O której będzie Maria?
- Około drugiej.
- Zdążymy wszystko tutaj zamknąć. Może przygotuję obiad dla wszystkich?
- Dobry pomysł.
- Właściciel domu będzie?
- Tak.
- Mam nadzieję, że przyjedzie po Marii.
- Ty masz jakąś fobię z tym facetem!
- Nie fobie, ale nie lubię być u kogoś w domu, gdy go nie znam.
- Dla mnie to nie jest problem.
- Widzę.
- To jest Polak. Na pewno ucieszy się ze spotkania z rodakiem. Poza tym on wie i zgodził się na to, że tutaj będziemy.
- Dobra.
- Śpijmy już.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
- A może to lepiej spalić? – Fryderyk przerwał krótką ciszę.
- Śpij! – skarcił go wujek.
- Masz rację, to niefortunny pomysł.
- Cholera! Ona waży z 200 kilo! – stęknął Fryderyk.
- Chcesz zrezygnować?
- Żeby spać w willi? Nigdy! Jeżeli już robimy to wszystko co dla innych prawdopodobnie byłoby tylko czystym wariactwem lub dziecinadą, to musimy tę cholerną kozę zataszczyć do środka naszego grobowca!
- Fryc, a nie można prościej? Po prostu bierzmy się za nią! – zaśmiał się Jan.
- Dawaj ją! – szarpnął piecykiem, aż zgrzytnęło. Nie był pewien czy to dobiegło z piecyka, czy z niego. Po pół godzinie ponownie siedzieli przy stole. Ciężko oddychali.
- Ale skubana ciężka!
- No. - przyznał Fryderyk. – Nie myślisz, że czasami to ociera się jednak o wariactwo?
- Co?
- To co robimy teraz? Dla przykładu. A propos szaleństwa. To mamy do tego rury? – zaczął się śmiać.
- A co ty myślisz? Sprawdziłem to. Są w tej komórce na dole. Są nawet podpisane…
- Podpisane? Jak, „Bernard”?
- Tak.
- To nie tylko my jesteśmy nienormalni. Większość kobiet, znanych mi kobiet, patrząc na to co robimy, powiedziałaby „zupełnie jak mali chłopcy” albo coś o szaleństwie.
- Bo te większość znanych ci kobiet albo zazdrości, albo nie wie o co chodzi…
- A my wiemy, tak do końca?
- Może i nie, ale czujemy. – powiedział Jan i zaraz dodał – napijemy się kawy?
- Dobra. – Fryderyk wstał, aby ją przygotować. Wiedział, że Janowi właśnie o to chodziło.
Zamontowanie rur, to już była przyjemność. Były proste, więc łączyły się niczym puzzle dla dwulatka. Dobry kwadrans sprzeczali się jak poprowadzić komin, czy przez dach, czy przez ścianę. Znaleźli kawałek roztrzaskanej ceramicznej rury. Związali ją drutem i włożyli w przygotowany wcześniej otwór w ścianie. Szybciej niż się spodziewali koza była gotowa do grzania. Fryderyk szybko nazbierał obrzynów desek, trochę trocin i podpalił. Przez chwilę czekali w napięciu. Ogień buchnął żółcią. Dym nie wydostawał się na złączeniach rur. Wychodził czystą szarością z ostatniego odcinka metalowego węża. Jan delikatnie dotknął rury odchodzącej od kozy.
- Zobacz, już ciepła. Nie zmarzniemy w nocy.
- Miło. Fajnie, że jest tutaj fajerka, rano będzie można zrobić kawę. A może napijesz się jeszcze?
- Ja już nie, dziękuję.
- A ja sobie jeszcze zrobię. – powiedział Fryderyk i poszedł po naczynie.
- Ach! Zrób i dla mnie! Ale małą – krzyknął za nim Jan.
Znowu siedzieli przy stole. W piecu buchał ogień. Ciepło przyjemnie wypełniało pomieszczenie.
- Ile tu może być metrów? – zapytał Fryderyk.
- Ponad sto.
- Też tak myślę. Kawał chałupy. Po co duchowi taka przestrzeń?
- Co ty gadasz?! To jest jak pomnik. To nie jest miejsce dla ducha. – żachnął się Jan.
- Chyba że dla naszych. Nasze duchy tutaj zostaną. Jakaś część.
- Fryc, kochany, dopijaj kawę i bierzemy się za robotę.
Fryc dopił kawę i wziął się za robotę. Szybko dobili brakujące ściany. Zostawili jedną, przez którą mogli wchodzić. Znowu długo dyskutowali czy może ją zrobić do połowy a może zostawić na następny dzień, tak żeby Maria mogła zobaczyć konstrukcję od środka. Wygrała opcja: kilka desek od góry i od dołu. Przybili płachtę z brezentu, żeby im nie wiało.
Gdy schodzili do willi było już ciemno. Zanim zdążyli wziąć prysznic i pozabierać śpiwory oraz gąbki służące im za materace była już noc. Ciężko im się wchodziło. Trudny wspinaczki wynagrodziło im ciepło w konstrukcji. W piecyku cały czas palił się ogień. Wcześniej już nagromadzili drewno. Jan dorzucił kilka krótkich pieńków. Rozłożyli gąbki i śpiwory obok kozy. Fryderyk postawił na niej czajnik z wodą.
Siedząc na swoich posłaniach trzymali w dłoniach kubki parujące herbatą. Wpatrywali się w ogień. Było im ciepło. Czuli się zmęczeni i równocześnie spełnieni. Fryderyk przypominał sobie jak miłe jest to uczucie.
- Ten wystrój przypomina mi pierwsze miesiące w naszym nowym mieszkaniu – przerwał ciszę Fryderyk.
- Chyba było bardziej urządzone. – zaśmiał się Jan.
- Bardziej. Chociaż też nie było drzwi wewnętrznych. To jest dziwne, w poprzednim mieszkaniu mieliśmy mniej rzeczy, ale za to więcej nadziei. Kartony, raczkujące dziecko i nadzieja.
- Nie myślałeś o pomocy specjalisty?
- Chodzi ci o psychologa? – Fryderyk wyrwał się z lekkiego letargu.
- Tak.
- Tak.
- I co?
- I przechodzi samo. Parę razy chciałem dla siebie. Parę dla nas. Ale jakoś to samo przechodzi.
- Przechodzi do następnego razu. Ty masz prawdopodobnie depresję. A to się leczy.
- Możliwe. Ty masz dopalacz w postaci hiszpańskiego słońca.
- Taki dopalacz, jak to określasz, że na nic nie masz ochoty. Poza tym jest tramontana. Nasz halny, to lekki wietrzyk w porównaniu z tramontaną. Ludzie wieszają się gdy przechodzi przez góry. – Jan zamyślił się. Przez chwilę milczeli wpatrując się w ogień.
- Dziwnie życie się układa. – zaczął Fryderyk. – Popatrz, Maria i Bernard mogliby być rodzeństwem. Gdyby ich rodzice mieli może więcej śmiałości albo szczęścia. Bernard i Maria nie byliby małżeństwem. Nie mieliby córki. Może w ogóle by ich nie było. Nie siedzielibyśmy teraz tutaj.
- Jak byłem mały, to podsłuchałem rozmowę mojej matki z jedną z ciotek. Mówiły o dziecku i o wstydzie. Dla mnie było to dziwne, niepokojące. Prawdopodobnie Maria i Bernard mają brata.
- No co ty?!
- Chyba tak, ale to było tabu. Ten wstyd dla obu rodzin.
- Myślisz, że wiedzą o tym?
- Maria?
- No.
- Nie wiem. Nie sądzę. Chłopiec miał być wysłany do ojca. Nie kojarzę, żeby Bernard mówił coś o tym tajemniczym bracie. Chyba też nie wiedział.
- Może tylko o tym się nie mówiło. Może ojciec Bernarda zaopiekował się swoim pierworodnym, ale nie przyjął do rodziny. Może oddał do adopcji. Cholera, ten „łącznik” może jest tutaj, w Belgii.
- Może, ale nie myślę, żebyśmy dali radę rozwiązać tę zagadkę.
- Życie jest popieprzone. – stęknął Fryderyk.
- Życie jest ciekawe. – powiedział Jan. – Trochę za mocno tutaj napaliliśmy. – wystawił język niczym zmęczony pies.
- Chyba rzeczywiście przesadziliśmy, do tego nie możemy otworzyć okien. – zaczął się śmiać. – Słuchaj, to jest jak szałas potu! – krzyknął.
- Masz nadzieję na oczyszczenie ducha?
- Chyba już nie. Byłem niedawno u znajomych. Mają mały teren na Mazurach ze starą chatą i dwoma barakami zaadoptowanymi na coś w rodzaju domku…
- I…
- I niestety wypiłem chyba z 4 kieliszki wiśniówki własnej roboty. Nalewka była na jakimś paliwie atomowym. No i odpłynąłem. Położyłem się na jakimś wyrku w tej starej, wiejskiej chałupie. Ze ścian patrzą na mnie Jezus Chrystus i Maryja Matka Jego. Z innej ściany zapomniana i dawno w proch obrócona młoda para. Żona obok mnie, bo zaniepokojona moim stanem. Nie pamiętam czy to ona, czy ja sam wyciągnąłem z siebie mały korek… ale żal długo przez tę dziurkę wylewał się.
- Dlaczego mi to opowiadasz?
- Bo jak już doszedłem do siebie, to pomyślałem, że ta stara, polska chata z właścicielami zamieszkującymi barak, była takim szałasem potu. Chyba coś za dużo powiedziałem, bo następnego dnia żona mi rzuciła, że nie przypuszczała, że jestem tak nieszczęśliwy.
- A jesteś? – Jan popijał herbatę i poważnie zaniepokojony patrzył na swojego siostrzeńca. Pierwszy raz go takiego widział.
- Sam nie wiem. O której będzie Maria?
- Około drugiej.
- Zdążymy wszystko tutaj zamknąć. Może przygotuję obiad dla wszystkich?
- Dobry pomysł.
- Właściciel domu będzie?
- Tak.
- Mam nadzieję, że przyjedzie po Marii.
- Ty masz jakąś fobię z tym facetem!
- Nie fobie, ale nie lubię być u kogoś w domu, gdy go nie znam.
- Dla mnie to nie jest problem.
- Widzę.
- To jest Polak. Na pewno ucieszy się ze spotkania z rodakiem. Poza tym on wie i zgodził się na to, że tutaj będziemy.
- Dobra.
- Śpijmy już.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
- A może to lepiej spalić? – Fryderyk przerwał krótką ciszę.
- Śpij! – skarcił go wujek.
- Masz rację, to niefortunny pomysł.