poniedziałek, 7 lipca 2008

Konstrukcja



O ósmej rano przekroczyli granicę budzącego się Barvaux. W małej piekarni kupili słodkie bułki i kawę w kartonowych kubeczkach. Przejechali przez centrum w stronę dworca kolejowego, który w rzeczywistości był tylko jednym peronem i tablicą informacyjną. Potem szosą w górę i dotarli do niepozornej drogi wijącej się przez las.
- To na pewno tutaj? – zapytał Jan.
- Według mapy tak. Zobacz jest numer – powiedział Fryderyk wskazując podrdzewiałą tablicę przyczepioną do resztek kamiennej bramy.
- No to jedziemy.
Z szosy skręcili w lewo. Droga usłana świerkowymi szyszkami doprowadziła ich do małego przydomowego parkingu. Zatrzymali się.
- Mam nadzieję, że nie ma tu psów. – powiedział Fryderyk otwierając drzwiczki samochodu.
- Nie ma. Gdyby były, teren nie mógłby być otwarty.
- To gdzie mamy teraz iść?
- Maria mówiła, że z lewej strony domu jest ścieżka w górę i trzeba przejść jakiś kilometr. Mamy wejść w las. Przejść przez niego, na samej górze będzie polana, gdzie jest konstrukcja.
- No dobra, to idziemy. A ten przyjaciel?
- Co?
- Jest tutaj?
- A co ty tak się przejmujesz?
- No bo głupio wchodzić, bez uprzedzenia, na czyjś teren.
- Ma być uprzedzony. Jeżeli nie, to mu wyjaśnimy. Jeżeli będzie problem, to zadzwonimy do Marii. Chodź już!



Żwirową alejką obeszli dom z lewej strony. Dom był starą willą, w której obecny właściciel dokonał kilku zmian. W dachu tkwiły nowoczesne okna. Stary, kamienny taras został zmieniony w oszkloną altanę. Obok domu rozpościerał się duży basen. Fryderyk przechodząc obok ogrodu przed domem czuł się trochę jak złodziej, a przynajmniej jak nieproszony gość. Rozglądał się za kimkolwiek, komu mógłby wytłumaczyć to wtargnięcie. Minęli nieduży domek dla służby. Przed sobą mieli stary świerkowy las. Weszli.
Po jakimś czasie lekko zdyszani dotarli na górę. Na małej polance stał niedokończony dom. Wyglądał jak do połowy rozebrana stara, drewniana chałupa. Ale oni byli zachwyceni tym widokiem. Wokół rosła, już pożółkła, wysoka trawa. Widać było, że bardzo dawno tu nikt nie chodził. Weszli do środka konstrukcji. Patrzyli na połączenia i układ belek. Odkrywali wcześniejsze łączenia na kołki i późniejsze - na gwoździe. Dach pokryty był gontem.
- Zobacz! Ile materiału tutaj jest. – powiedział Fryderyk wskazując na stertę dokładnie ułożonych desek. – Widać, że są zaimpregnowane.
- Nie udało mu się. – wyszeptał Jan.
- Co?
- Mówię, że nie udało mu się. Nie dokończył. Tyle materiału, tyle pracy wcześniej i koniec… zmarnuje się to. Przestanie być ważne. Goście z wilii z dołu będą tutaj przychodzili, żeby dowartościować się. Obejrzeć tę katastrofę naszego kuzyna.
- Tak patrzę na to i myślę, że w ciągu tygodnia można by było całość zamknąć. Tak bez wstawiania okien to nawet w 3 dni. Zobacz, brakuje tylko sześciu ścian. Jakby tak wykorzystać te dechy… Co ty na to?
- Proponujesz…? – lekko uśmiechnął się Jan.
- Paryż będzie musiał na nas poczekać. – zaśmiał się Fryderyk.
- Tutaj masz prawdziwe życie. Życie i śmierć. Zobacz czego brakuje. Może znajdziesz jakieś narzędzia. Młotek, piłę…
- O cholera! – krzyknął z drugiego końca konstrukcji Fryderyk.
- Co się stało?!
- Tutaj wszystko jest! Patrz! – mówił podniecony Fryderyk pokazując odkrytą przez niego dużą skrzynię. – Narzędzia w natłuszczonym pergaminie, gwoździe. Nawet nie zardzewiały.
- A już myślałem, że to trup jego kochanki. Nie strasz mnie.
- A co ty na to powiesz?! – znowu krzyknął Fryderyk wyciągając dwa zwinięte tobołki – Kombinezony! Dwa! – rzucił mu je i dalej szperał. – Buty! – i je rzucił Janowi. Zachowywał się jak dziecko, które dopadło worek zostawiony przez Świętego Mikołaja.
- Wygląda na to, że wszystko jest. Zostajemy. Ja biorę ten mniej zniszczony. – śmiał się Jan przykładając do siebie jeden z kombinezonów.
- Dziwna sprawa, co?
- Dlaczego?
- Że wszystko jest przygotowane. Zupełnie jakby się Bernard spodziewał naszej wizyty.
- Nie sądzę.
- To dlaczego są dwa kombinezony, dwie pary butów… te wszystkie narzędzia.
- Po prostu był porządny i miał zapasowe ubranie.
- Buty mają różną numerację… Ha! Zobacz, to są nasze numery!
- No to mamy szczęście. Myślę, że jakiś kumpel pomagał mu przy budowie i zostawił to ubranie tutaj. – Jan pozostawał sceptyczny co do nadprzyrodzonej strony odkrycia.
- Dla mnie to magia!
- Może być i magia. Musimy się zorganizować. Jeżeli naprawdę chcemy dokończyć to dzieło.
- OK. Dzwonimy do Marii! – powiedział Fryderyk i wyciągnął telefon. – Chcesz z nią rozmawiać? – zapytał gdy usłyszał sygnał.
- Dobra. – Jan wziął telefon. - Maria? Tutaj Jan… Tak, dotarliśmy, bez problemu. Słuchaj, mamy propozycję, chcielibyśmy dokończyć budowlę, tę tutaj. Nie, nie zwariowaliśmy… tak, są wszystkie materiały, narzędzia. Inaczej to w ciągu kilku lat zgnije. Rozmawiałem z Frycem i chcemy dokończyć wasz dom. Chcemy to zrobić dla Bernarda. Cieszę się, że się zgodziłaś.
- Kochamy cię!- krzyknął do słuchawki Fryderyk.
- Ona też nas kocha. – powiedział Jan do Fryderyka – … Damy sobie radę. A jeżeli możemy przenocować w wilii, to jeszcze lepiej. Dobra to czekam na telefon. Całuję. – Jan oddał telefon Fryderykowi. – Zaraz zadzwoni do nas. Możliwe, że będziemy mogli spędzić noc w wilii. Są tam ich śpiwory.
- Super!
- Musimy zorganizować obóz.
- Domyślam się, że ja jadę po jedzenie do miasteczka.
- Dobrze się domyślasz. – zaśmiał się Jan.

Brak komentarzy: