sobota, 18 października 2008

Odkrycie
Odkrycie Fryderyka obudziło uczucie gorąca, zapach kawy i głos Jana.
- Wstawaj, śniadanie gotowe.
- Cześć… dzięki. – zachrypiał siadając i biorąc od Jana kubek z kawą.
- No chodź, zrobiłem jajecznicę.
- Już, ale muszę wyskoczyć do lasu.
- Na pocztę. – powiedział Jan, a widząc zdziwioną minę siostrzeńca dodał – Za moich czasów panie z kiosków Ruchu zostawiały karteczkę „wyszłam na pocztę”, a szły sikać do najbliższej toalety.
- Nigdy nie połączyłem tych karteczek z przemożną potrzebą oddania moczu… - powiedział Fryderyk i wyskoczył z konstrukcji zanim wujek zdążył rozwinąć temat.
Omiótł go przyjemny chłód. Stał na skraju lasu, „nadawał telegram” i myślał, że jeszcze dzisiaj na zawsze pożegna się z tym miejscem. Skończyła się gościna.
Jajecznica była dobra. Po śniadaniu zaparzył kolejną kawę.
- To dzisiaj wyjeżdżamy?
- Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy. Pochowaliśmy Bernarda, zakończyliśmy budowlę.
- Nie będzie wstydu. – powiedział Fryderyk sam zdziwiony swoimi słowami.
- Nie będzie. – przyznał Jan. Siedzieli w milczeniu, które po chwili przerwał Fryderyk.
- Kiedyś siedziałem przed podróżą.
- To znaczy?
- Wyjeżdżałem na żagle z koleżanką z jej domu i jej matka przed wyjściem powiedziała: usiądźmy przed podróżą. Zupełnie jak na rosyjskim filmie. To siedzenie dobrze robi. Wycisza. – powiedział Fryderyk. Jan siedział i milczał.
Przed południem posprzątali wszystko wokół konstrukcji.
- Musimy zrobić pamiątkowe zdjęcie – powiedział Fryderyk i zaczął ustawiać aparat. – Po co ci kielnia? Przecież nic nie murowaliśmy… krzyknął widząc, że Jan ustawia się do fotografii z narzędziem, które niewiadomo skąd wyciągnął.
- Wymurowaliśmy więcej niż ci się wydaje. – odkrzyknął uśmiechnięty. Fryderyk tylko wzniósł brwi. Ustawił kadr. Wcisnął spust samowyzwalacza i szybkim krokiem podszedł do wujka. Objęli się. Wznieśli narzędzia w górę. Fryderyk miał młotek. Znieruchomieli na moment. Dopiero ledwo słyszalne „pyk” uwolniło ich.
- Jeszcze jedno? – zapytał Fryderyk.
- Z tobą? Zawsze.
Po sesji zdjęciowej pochowali narzędzia i stroje robocze do skrzyń wewnątrz domu. Zostawili tylko młotek i kilka gwoździ. Przy wejściu ułożyli wymierzone i przycięte deski.
Południe zeszło im na przygotowaniu obiadu dla Marii i Maxa. Fryderyk krzątał się w kuchni. Podsmażał i dusił dzień wcześniej przygotowane żeberka. Obierał ziemniaki. W tym czasie Jan czytał książkę Wańkowicza i co smaczniejsze fragmenty serwował siostrzeńcowi. Potem, zmęczony, zdrzemną się na pół godziny.
Około 15 przed willę podjechał samochód. Wysiedli z niego uśmiechnięta Maria i rosły, około sześćdziesięcioletni mężczyzna – Max.
Wszyscy przywitali się. Jan i Fryderyk podziękowali za gościnę. Max powiedział, że dla niego to przyjemność. Że zechcieli skorzystać z zaproszenia. Potem zdecydowali się pójść zobaczyć konstrukcję, zanim ściemni się.
- Niesamowite! Tak szybko to zrobiliście! – powiedziała Maria, gdy już byli na górze. – Przepraszam, ale to tak specjalnie nie ma okien?
- Tak. - powiedział Jan.
- Acha. – odpowiedział Maria. Max delikatnie uśmiechnął się. Fryderyk nie był przekonany co oznacza ten uśmiech. Czy zrozumienie idei, czy zaszufladkowanie ich jako wariatów. Zaraz szybko wytłumaczył swojej kuzynce znaczenie braku drzwi i okien.
- Ciekawa idea. – powiedział Max.
- Macie rację. Chyba nikt nie będzie z tego korzystał. A jeżeli kiedyś zechce, to zawsze można wyciąć te otwory. Prawda?
- Tak. – odpowiedział rozczarowany Fryderyk.
- Oczywiście. – dorzucił nie przejmujący się tym Jan. Chodźcie. Przygotowaliśmy dla was jedzenie. – dodał. Fryderyk tylko uśmiechnął się wspominając zaangażowanie wujka w to przygotowanie jedzenia.
Zeszli do domu Maxa. Na dole okazało się, że Max jest wegetarianinem. Maria szybko zrobiła dla niego jakąś dziwną strawę. Doskonale orientowała się w geografii kuchni i składnikach do tego specjalnego dania, co zauważył Fryderyk. Całe szczęście, przynajmniej jej i Janowi smakowały żeberka.
W połowie posiłku czuli się już zupełnie swobodnie. Max i Maria przekonali budowniczych, żeby zostali w willi jeszcze na jedną noc. Jedli więc i pili wino, które przywiózł ze sobą Max. Jan z uznaniem przestudiował etykietę, a chwilę później z rozkoszą próbował zawartość butelki. Tej chwili nie zepsuła mu nawet myśl jak można pić takie wino do jakiejś wegetariańskiej papki.
Po posiłku we trzech, z kieliszkami koniaku, panowie przeszli do oszklonej werandy, gdzie gospodarz zaproponował cygaretki.
- Tego zestawu, cygaretka i koniak, nie jestem w stanie sobie odmówić. – powiedział Max zasiadając na kanapie.
- Mówiłeś, że byłeś adoptowany przez Belgów. W jaki sposób tak dobrze i bez akcentu mówisz po polsku? – siadając naprzeciw Maxa, na fotelu bezceremonialnie zapytał Jan.
Moi rodzice bardzo dbali o to. Nie tylko chodziłem na kursy języka polskiego. Miałem kontakt z Polakami. Mój ojciec przyjaźnił się z Piotrem, ojcem Bernarda. Dzieciństwo spędziłem z Bernardem, a jego rodzice nie pozwalali mu w domu mówić po francusku.
- Jak się znalazłeś w Belgii? – zapytał Fryderyk starając się nie spojrzeć na swojego wujka, którego wzrok czuł na sobie.
- Dokładnie nie wiem. Urodziłem się w Polsce, w Warszawie. Wiem, że najpierw przygarnął mnie wujek Piotr. Ale sam miał dzieci. Zaadoptował mnie jego przyjaciel, czyli mój ojciec. Rodzice byli bezdzietni.
Jan i Fryderyk nie wytrzymali i w tym samym momencie spojrzeli na siebie. Najwyraźniej spłoszyło to Maxa, bo nie wrócił już do tego tematu. A goście mieli na tyle taktu, że nie podejmowali wątku. Przyszła do nich Maria mówiąc, że pościeliła im łóżka w pokojach na piętrze. Wieczór jeszcze się nie kończył. Jan pił kolejny kieliszek koniaku i brylował w towarzystwie. Przed północą wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Maria i Max zostali na parterze. Gdy Fryderyk i Jan znaleźli się już na górze, Jan wciągnął brutalnie do swojego pokoju siostrzeńca.
- Wiesz, kto to jest?
- Brat Bernarda! – prawie krzyknął Fryderyk.
- Fryc, to jest brat Bernarda i Marii!
- Brakujące ogniwo. Myślisz, że ona wie?
- Maria? Na sto procent.
- Cholera! Nawet jak nie wie, to ja jej tego nie powiem.
- Przecież dzieci nie będą mieli, a tylko to byłoby realnym zagrożeniem. Normy?
- Jeżeli mogą się poczuć szczęśliwi… na koniec życia… pieprzyć normy – zakończył Fryderyk. Jan objął go mocno. Poklepali się po plecach.
- Fryc. Idź i prześpij się. Jutro czeka cię długa droga.
- OK. Na pewno nie chcesz, żebym zawiózł cię do Brukseli?
- Podrzuć mnie na tutejszy dworzec. Przecież jestem nomadem, dam sobie radę.
- Jak chcesz. – powiedział Fryderyk do nomada i jeszcze raz poklepali się po plecach.