sobota, 20 września 2008

Do południa mieli zrobioną podłogę. Prawie. Zostało kilka fragmentów do uzupełnienia. Ale można było już powiedzieć, że podłoga jest. Nie przejmowali się tym, że jest skonstruowana z desek, których nie można, mimo chęci, nazwać typowo podłogowymi.
- Czy wystarczy nam desek na ściany? – zapytał zaniepokojony Fryc.
- Powinno. Jeżeli nie to zrobimy ścianę z gliny.
- Ale to dłużej potrwa.
- Wystarczy tych desek. Nie bój się. Co na dzisiaj przewidziałeś do jedzenia?
- Myślałem, że się zrewanżujesz. – zaśmiał się Fryderyk. – Pojadę do miasteczka.
- Może jakieś mięso na ruszt?
- Dobra. Przebiorę się i pojadę. Z chlebem, czy wolisz makaron?
- Może być chleb.
- Przygotujesz ogień?
- Przygotuję.

Fryderyk nie od razu zszedł do willi. Poszedł na prawo. Tak, jak sobie dzień wcześniej obiecał. Widać było, że tą drogą, dawno temu ktoś jeździł samochodem. Dawne koleiny wyrównały się prawie poziomem z tą środkową linią. Tak jak ją, porastała je trawa. Szedł przed siebie i zastanawiał się jak ta linia między koleinami może się nazywać. Czy ma nazwę? Wyszedł z lasu. Po lewej stronie na zboczu były rdzawe resztki pola kukurydzy. Na skraju tego pola trwała ambona. W porównaniu z innymi elementami okolicy widać było, że o nią ktoś dba. Gdzieniegdzie leżały wspomnienia po kolbach kukurydzy. Po prawej stronie rozpościerała się schodząca w małą dolinę łąka. Bliżej drogi leżał okorowany pień gigantycznego dębu. Na pewno ktoś tutaj przesiadywał. Poniżej drugi dąb rósł. Szedł wytartą ścieżką. Wiedział, że to dróżka zrobiona przez człowieka. Pod dębem leżały zeschnięte kwiaty. „To czyjś grób!” przyszło mu do głowy. Postał trochę. Wrócił na drogę. Jeszcze raz spojrzał na łąkę. Odetchnął głęboko. - Ale pięknie - powiedział na głos. Przez kukurydziane pole zszedł do samochodu. Parę razy obejrzał się za siebie oczekując ataku dzika. Dzika mściciela, który po długim oczekiwaniu wreszcie mógłby dopaść człowieka bez broni.

Gdy wrócił z cywilizacji na zajęty przez nich szczyt ogień już się palił.
- Co tak długo? – przywitał go Jan.
- Bo na dole przygotowałem mięso. Dużo żaru jest, to dobrze.
- Dużo żaru, bo długo cię nie było. – powiedział Jan. Fryderyk zignorował ten przytyk. W końcu to tylko on robił jedzenie. To on planował co będą jedli i jak długo ma to przygotowywać. – znalazłem kozę. – Jan zrobił minę odkrywcy, który długo czekała na obwieszczenie dobrej nowiny.
- Wspaniale, gdzie jest?
- Tam w krzakach.
- Damy radę ją przenieść do konstrukcji?
- Chyba tak, ale teraz rób jedzenie.
- Dobra. O, widzę, że przygotowałeś stół. – powiedział Fryderyk zaglądając do środka konstrukcji.
- Tak. Trzeba wprowadzić trochę cywilizacji...
- Zamkniemy to wszystko?
- Tak. Stół, kozę, narzędzia, te stare krzesła. Wszystko zamkniemy w tej konstrukcji. Będzie to grobowiec faraona!
- Faraon Bernardus III.
- Dlaczego trzeci?
- Bo jest nas trzech. Trzech od konstrukcji o podstawie ośmiokąta foremnego…
- Myślę, że więcej jest takich typów.
- Ale w naszym świecie tylko trzech. W każdym razie to super pomysł zamknąć te wszystkie przez niego zgromadzone przedmioty w konstrukcji.
- Tak też zrobimy! – Jan wzniósł butelkę piwa, którą zdążył otworzyć i do połowy opróżnić.

Po obiedzie siedzieli w dalszym ciągu przy stole i pili kawę. Kawę zrobili też na ognisku i obydwu podobało się to.
- To co, na jutro zostawimy sobie ostatnią ścianę? – zapytał Jan nonszalancko rozparty na krześle z początku XX wieku.
- Tak. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze! – odpowiedział Fryderyk oparty o stół z kubkiem kawy w lewej dłoni i radioaktywnie dymiącym toscanelli w prawej.
- Dlaczego?
- To jest jak zamknięcie wieka… Definitywny koniec.
- Hmm…
- To będzie koniec tej budowli. Ostatni moment jedynej takiej sytuacji w naszym życiu.
- Masz rację, ale żeby aż dreszcze. – zaśmiał się Jan maskując podniecenie.
- Ja mam dreszcze, a ty co masz? – zapytał Fryderyk.
- Pewność śmiertelności. – znowu wrócił do tego tematu Jan. – A ty ją już masz? – zapytał wysuwając lekko do przodu brodę.
- Nie. I to mnie przeraża… w moim wieku powinienem już ją mieć… chyba. – zupełnie poważnie powiedział Fryderyk.
- Poczekaj do mojego wieku. – zaśmiał się Jan. – No dobra, weźmy się za tę kozę. Chodź. – wstał i poklepał po ramieniu swojego siostrzeńca. Zrobił to tak, jakby strzepywał z niego złego ducha.