poniedziałek, 9 czerwca 2008

Stypa



Po pogrzebie rodzina i grupa najbliższych przyjaciół pojechała do domu Marii. Jej siostry zajęły się drobnym poczęstunkiem i napojami. Fryderyk przez dłuższy czas stał samotnie obserwując zgromadzonych. Potworzyły się kilkuosobowe grupki. Rozmowy z szeptów przechodziły powoli w głośniejsze. Gdyby nie czarne stroje i brak muzyki, wyglądałoby to na normalne przyjęcie. Jan gdzieś zniknął.
- Pan przyjechał z Polski? – zapytał starszy mężczyzna podchodząc do Fryderyka.
- Tak. Jestem kuzynem Bernarda. Dokładnie to Bernard był stryjecznym bratem mojej matki…
- A to ja pana rodzinę znam. Jestem przyjacielem zmarłego ojca Bernarda. Razem przeszliśmy wojnę. Razem zostaliśmy tutaj. Wie pan, to zbliża ludzi. Nie było łatwo.
- Mogę sobie tylko wyobrazić. – powiedział Fryderyk.
- Lepiej nie pamiętać tych okropności. A po wojnie, kto nie był sprytny mógł nie przeżyć. Ojczyzna była w rękach sowietów, a tutaj nikt nami się nie przejmował. Wie pan, żeby oficer po wojnie został magazynierem, to woła o pomstę do nieba. Ja miałem szczęście. Kolega wciągnął mnie na wydział slawistyki na uniwersytecie.
- A tutaj jesteś dziadku! – podeszła młoda kobieta. – Nie zamęczaj pana - uśmiechnęła się czule do niego.
- Ależ skąd, pani dziadek wcale mnie nie zamęcza.
- Widzisz Basiu, miły młody człowiek.
- Wiem dziadku, ale musimy powoli iść.
- Akurat teraz? Jak w końcu znalazłem miłego polskiego rozmówcę. Jesteś bez serca. – zaśmiał się. A Fryderyk zauważył, że obydwoje mówią bez obcego akcentu.
- Niestety musimy wracać do domu.
- Jak dowódca mówi, że trzeba dokonać odwrotu, to trzeba. – trzasnął obcasami i skłonił się.
- Było mi miło. Dowidzenia. – Powiedział Fryderyk i w ostatnim momencie powstrzymał się od zasalutowania. Przecież nie miał czapki na głowie. Ukłonił się więc. Jeszcze przez jakiś czas patrzył na odchodzącą parę.


- Fryc, chcę ci przedstawić mojego narzeczonego. – Podeszła do Fryderyka córka Marii. – To jest Pierre. W końcu znalazłam swoją miłość. – szczebiotała jak nastolatka. Miała dwadzieścia sześć lat i nie była podobna do swojej matki. Na pewno nie miała tego samego gustu co ona. Była ubrana w luźne suknie i chusty. Fryderyk tylko domyślał się, że jest tego więcej na jego młodej kuzynce. – Wiesz, jest informatykiem. Studiował przez jakiś czas malarstwo. Głowę ma w chmurach, ale nogami stoi twardo na ziemi…
- Miło mi. Jestem Fryderyk – powiedział wyciągając dłoń do chłopaka.
- Wiem. – podał mu miękka dłoń. – Pierre.
- Pogadajcie sobie. Ja pójdę zobaczyć, czy ciotki mnie nie potrzebują. – powiedziała kuzyneczka po francusku, zaśmiała się, ucałowała Pierre’a w usta i uciekła. „Gdzie w tym wszystkim żałoba po ojcu?” pomyślał Fryderyk.
- Przyjechałeś z Polski? – zapytał Pierre gdy już zostali sami.
- Tak.
- Byłem w twoim kraju. – powiedział szybko. – Czy miasto Radom reprezentuje Polskę?
- Nie rozumiem twojego pytania.
- Nie rozumiesz po francusku mojego pytania?
- Nie rozumiem sensu tego pytania. Czy w Belgii masz miasto, które reprezentuje cały kraj? – powiedział Fryderyk starając się mówić powoli i bez cienia agresji. Po czym dodał.- Radom nie jest najciekawszym miastem.
- Ja nie widziałem tego miasta, ale moja koleżanka, której rodzice pochodzą z Radomia była tam na wakacjach i powiedziała, że to straszne miejsce.
- W takim razie przykro, że tam są jej korzenie…
- Widziałem Kraków i Kazimierz, wiesz, tę żydowską dzielnicę…
- Wiem, co to jest Kazimierz.
- Strasznie dużo tam synagog.
- Jak to w dzielnicy żydowskiej. – Powiedział Fryderyk patrząc jak Jan idzie w jego kierunku. Widział po jego ruchach, że coś się stało.
- A Warszawa…
- Fryc, musisz coś zobaczyć. – powiedział Jan po polsku podchodząc do nich.
- To jest Pierre, narzeczony naszej małej kuzynki.
- Miło mi.- powiedział po francusku Jan. – Chodź! – rzucił do Fryderyka.
- Warszawa jest dziwnym miastem, nie ma tam starych budynków. Ta starówka odrestaurowana. Wiem, że włoscy architekci budowali starą Warszawę. Mój ojciec jest Włochem… Ale to co teraz tam jest, nigdzie nie widziałem tak okropnego miasta…!
- Co mu jest? – zapytał Jan po polsku.
- Chłopiec leczy jakieś kompleksy, albo po prostu prowokuje. – odpowiedział Fryderyk.
- Chłopcze, widzę, że odrobiłeś swoją lekcję narodową. Ale czy wiesz, że Włosi nie tylko byli architektami Warszawy – dobrze opłacanymi przez polskiego króla – byli też w Warszawie i z innymi faszystami rozpieprzyli to miasto. Czy dobrze mówię po włosku? Zrozumiałeś mnie?! Vaffanculo! – gardłowo wyszeptał Jan. – A teraz chodź, szkoda na takiego dupka czasu. Przez lata emigracji nie raz natrafiałem na takich. – powiedział do Fryderyka po polsku i pociągnął go za sobą.
- Yes, Fuck you! – Przez ramię rzucił w stronę Pierre’a Fryderyk i poszedł za Janem. – Co mu powiedziałeś? Oprócz ostatniego zdania, które dobrze zrozumiałem…
- A… że dobrze odrobił swoją narodową historię, ale zapomniał o tym, że Włosi też byli w Warszawie, nie tylko jako architekci, ale i w kordonie wokół miasta, i uczestniczyli w rozpieprzaniu go.
- Włosi? Nie wiedziałem.
- No trochę nagiąłem historię. Tworzyli rodzaj trzeciego kręgu wokół Warszawy, raczej kucharze niż snajperzy. Nie ważne! Musisz coś zobaczyć!

Brak komentarzy: