*
- Kiedy, w końcu, jest pogrzeb? Nie jutro? – zapytał Fryderyk, gdy już byli sami w pokoju na parterze.
- Pojutrze, o jedenastej. – odpowiedział Jan. Siedział w głębokim fotelu z kieliszkiem w dłoni. Lampa stojąca obok, poprzez kremowy abażur, oświetlała go trochę nierealnie.
- Myślałem, że jutro…
- Bo miał być, ale w prosektorium zatrzymali jeszcze jego ciało na dłużej.
- Co się stało? W dalszym ciągu nie wiadomo na co zmarł?
- Jednak wylew. Prawdopodobnie. Nie dopytywałem. Powiedz, co u ciebie. Chyba dwa lata nie widzieliśmy się.
- Chyba tak. Dwa lata… No wiesz…
- Rozumiem. – zaśmiał się.
- Dokładnie tak.
- Ale masz jeszcze to swoje wydawnictwo.
- Mam, ale cienko jest. Jeszcze nie splajtowałem, ale jak tak dalej pójdzie, to fiskus do mnie przyjdzie i zapyta: Fryc, za co wy żyjecie? Czy ta wasza firma, to przypadkiem nie jest jakiś szwindel?
- A jest?
- Jest ciężko…
- A jak twoja piękna żona?
- W dalszym ciągu piękna i szczupła… - zaśmiał się. – utrzymuje nasz dom. Chłopcy wspaniali. W dalszym ciągu mamy dobry kontakt. Albo jeszcze mamy… Jeszcze mają czas na bunt. Wiem, że będzie „gorąco”, tak jak kiedyś między mną a ojcem…
- Nie zakładaj takiego scenariusza, może między wami będzie lepiej.
- Oni muszą się zbuntować. Gdyby tego nie zrobili byłbym zaniepokojony.
- Jesteś dobrym ojcem.
- Staram się. A jak u ciebie?
- Wiesz, że mam sześćdziesiąt jeden lat…
- Tak, pamiętam. – uśmiechnął się.
- I już na pewno wiem, że nie jestem nieśmiertelny. Ostatnio dużo myślę o sprawach ostatecznych. Jeszcze się nie pakuję, ale zaczynam porządkować swoje sprawy. Zwłaszcza, jak umierają młodsi ode mnie kuzyni.
- A co słychać u Mariany? Jak się czuje?
- Moja żona? Robi sobie właściwie nieustającą sjestę. Nie myśli o zarabianiu pieniędzy. Czegoś takiego jak emerytura nie ma. Ma za to depresję.
- Poważną?
- Na tyle, że w czasie ostatniego Bożego Narodzenia mówiła, że to jej ostatnie święta, że do następnych nie dotrwa. I chciałaby, żebym umarł przed nią, bo bez niej nie dam sobie rady na obczyźnie.
- No co ty?!
- Naprawdę. „Na obczyźnie”! Rozumiesz, jestem w tym kraju od ponad trzydziestu lat i moja żona urodzona tam mówi, że nie dam sobie rady „na obczyźnie”.
- Ciężka sprawa…
- Ciężka sprawa, to żyć z kimś takim.
- A jak z pracą?
- W zeszłym roku na jesieni miałem wystawę - ale o tym chyba ci pisałem – no i dobrze poszło. Wszystkie obrazy. Ale następna wystawa będzie za rok, a pieniędzy już nie ma. Nie wiadomo czy następna też dobrze pójdzie…
- Ale sprzedajesz? W swoim mieście?
- Gdzie? W tej dziurze? Rynek zapchał się po trzech płótnach… Opowiadałem ci o tym naszym dealerze? Siedzę z kumplem w barze, jednym z dwóch w tym miasteczku, podchodzi do nas chłopak, który – o czym wszyscy wiedzą - pali hasz. Zaproponował nam torebeczkę „super towaru”. Niedrogo. Kupiliśmy. Wszyscy trzej zapaliliśmy. Dobry hasz. Po dwóch tygodniach spotyka mnie dealer i pyta czy mam może jeszcze ten „dobry towar”, bo on nie ma co palić.
- Poważnie? To palant!
- Sprzedałem mu jego hasz. Oczywiście podbiłem cenę, bo to przecież „bardzo dobry towar”.
- Może zajmij się tym zarobkowo. – zaśmiał się Fryderyk.
- Też przyszło mi to do głowy. – śmiał się.
- Nie dobrze z Marianą.
- Ona ma to od dłuższego czasu. To był jej pomysł z tym przeniesieniem się do Cataluni. A teraz chce wracać do Madrytu. Ale ceny domów tak podskoczyły, że nie stać nas na to. Wiesz jak nazywają Katalończyków…?
- Polacos.
- Właśnie, bo są tak daleko… Jutro przylatują siostry Marii.
- Wszystkie trzy jednym samolotem?
- Tak, napijmy się jeszcze.
- W takiej sytuacji jesteśmy do tego zmuszeni. – uśmiechnął się. – Wyjdę zapalić.
- Pójdę z tobą
- Chcesz? – zapytał Fryderyk wyciągając małe, blaszane pudełko z cygaretkami.
- Jaki smak?
- Koniak. – przeczytał napis na pudełku.
- Jak koniak, to nie odmówię. – zaśmiał się.

Stali na schodach prowadzących do małego ogródka na tyłach domu. Oprócz trawy, jakiegoś bliżej nieokreślonego krzaka i małej ławeczki była tam pustka. Pustka w półmroku.
- Zobacz na ten ogródek, jaki tu smutek panuje! Od samego tego widoku można umrzeć. – Powiedział Jan
- Chyba tak źle to nie jest.
- Dobrze na pewno nie. Słuchaj, może po pogrzebie byśmy skoczyli razem do Paryża? Wenecji ci nie proponuję. Wenecję zaproponowałbym fajnej dziewczynie. – zaśmiał się.
- Brzmi nęcąco. Ale nie wiem czy mam wystarczającą ilość kasy.
- Nie gadaj, masz dobrze zarabiającą żonę…
- Tak…
- Nie mówię o dobrych hotelach. Ale znajdziemy coś taniego. Pokoik nad Tabac
- Zobaczymy.
- Zobaczymy to znaczy: nie.
- Nie mówię: nie. Zaskoczyłeś mnie. Bardzo bym chciał, ale chyba nie mam tyle czasu. Zadzwonię do żony, żeby dowiedzieć się jak z jej planami. OK.?
- To już lepiej. Fryc. – powiedział Jan i poklepał go po plecach. Zgasił o schody cygaretkę i pstryknął niedopałkiem za mur ogródka. Fryderyk spojrzał na niego i po chwili wahania też pstryknął swoim niedopałkiem za mur, tylko ten z prawej strony.
- Che cazzo!!! – zaklął ktoś po włosku. Szybko się schowali.