piątek, 13 czerwca 2008

Weszli schodami na drugie piętro. Jan poprowadził go do niedużego pokoju. Fryderyk rozejrzał się. To był gabinet Bernarda. Na biurku nie było zbędnych papierów. Ogólnie panował porządek.
- Spójrz na to! – powiedział podniecony Jan i wziął do ręki oprawioną w proste ramki fotografię. Zdjęcie przedstawiało Bernarda w robotniczym kombinezonie stojącego z siekierą w ręku na tle drewnianej konstrukcji.
- No i…? – zapytał Fryderyk.
- Policz ilość kątów!
- Cholera! Osiem! – wykrzyknął Fryderyk.
- Rozmawiałeś z Bernardem kiedyś na ten temat? Mówiłeś o naszych konstrukcjach?
- Nigdy!
- Ja też nie. Więc skąd do licha Bernard też zbudował dom o podstawie ośmiokąta foremnego?!
- Nie mam pojęcia! Może to jakaś rodzinna choroba. – Zaśmiał się Fryderyk.
- Daj spokój!. Trzeba pogadać z Marią, gdzie to jest. Musimy zobaczyć tę konstrukcję!



Gdy już wszyscy wyszli - też córka Marii ze swoim narzeczonym, nie pożegnawszy się z Fryderykiem i Janem - Jan ze zdjęciem podszedł do Marii.
- Maria, przepraszam cię, że w takim momencie, ale zobaczyłem to zdjęcie. – pokazał jej fotografię. – Możesz nam powiedzieć, czy to Bernard budował tę konstrukcję? Możemy ją zobaczyć?
- Tak, to Bernard – powiedziała Maria oglądając fotografię jakby pierwszy raz w życiu ją widziała. – To jest w Barvaux. Mamy tam trochę terenu i Bernard postanowił sam wybudować dla nas drewniany domek. Najpierw myślał o podstawie koła, myślał o czymś na wzór indiańskiego tipi. W końcu wymyślił, że ośmiokąt foremny będzie najlepszy…
- Widzisz! – krzyknął Jan do Fryderyka.
- A dlaczego cię to tak interesuje?
- Bo widzisz i ja, i Fryc zbudowaliśmy właśnie takie szałasy o podstawie ośmiokąta.
- Wiesz, ten Bernarda właściwie nie jest dokończony. Uparł się, że sam to zrobi.
- Daleko jest to Barvaux?
- Jakieś 1,5 godziny drogi…
- Możemy tam pojechać, zobaczyć?
- Oczywiście, ale myślę, że się rozczarujecie.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Stypa



Po pogrzebie rodzina i grupa najbliższych przyjaciół pojechała do domu Marii. Jej siostry zajęły się drobnym poczęstunkiem i napojami. Fryderyk przez dłuższy czas stał samotnie obserwując zgromadzonych. Potworzyły się kilkuosobowe grupki. Rozmowy z szeptów przechodziły powoli w głośniejsze. Gdyby nie czarne stroje i brak muzyki, wyglądałoby to na normalne przyjęcie. Jan gdzieś zniknął.
- Pan przyjechał z Polski? – zapytał starszy mężczyzna podchodząc do Fryderyka.
- Tak. Jestem kuzynem Bernarda. Dokładnie to Bernard był stryjecznym bratem mojej matki…
- A to ja pana rodzinę znam. Jestem przyjacielem zmarłego ojca Bernarda. Razem przeszliśmy wojnę. Razem zostaliśmy tutaj. Wie pan, to zbliża ludzi. Nie było łatwo.
- Mogę sobie tylko wyobrazić. – powiedział Fryderyk.
- Lepiej nie pamiętać tych okropności. A po wojnie, kto nie był sprytny mógł nie przeżyć. Ojczyzna była w rękach sowietów, a tutaj nikt nami się nie przejmował. Wie pan, żeby oficer po wojnie został magazynierem, to woła o pomstę do nieba. Ja miałem szczęście. Kolega wciągnął mnie na wydział slawistyki na uniwersytecie.
- A tutaj jesteś dziadku! – podeszła młoda kobieta. – Nie zamęczaj pana - uśmiechnęła się czule do niego.
- Ależ skąd, pani dziadek wcale mnie nie zamęcza.
- Widzisz Basiu, miły młody człowiek.
- Wiem dziadku, ale musimy powoli iść.
- Akurat teraz? Jak w końcu znalazłem miłego polskiego rozmówcę. Jesteś bez serca. – zaśmiał się. A Fryderyk zauważył, że obydwoje mówią bez obcego akcentu.
- Niestety musimy wracać do domu.
- Jak dowódca mówi, że trzeba dokonać odwrotu, to trzeba. – trzasnął obcasami i skłonił się.
- Było mi miło. Dowidzenia. – Powiedział Fryderyk i w ostatnim momencie powstrzymał się od zasalutowania. Przecież nie miał czapki na głowie. Ukłonił się więc. Jeszcze przez jakiś czas patrzył na odchodzącą parę.


- Fryc, chcę ci przedstawić mojego narzeczonego. – Podeszła do Fryderyka córka Marii. – To jest Pierre. W końcu znalazłam swoją miłość. – szczebiotała jak nastolatka. Miała dwadzieścia sześć lat i nie była podobna do swojej matki. Na pewno nie miała tego samego gustu co ona. Była ubrana w luźne suknie i chusty. Fryderyk tylko domyślał się, że jest tego więcej na jego młodej kuzynce. – Wiesz, jest informatykiem. Studiował przez jakiś czas malarstwo. Głowę ma w chmurach, ale nogami stoi twardo na ziemi…
- Miło mi. Jestem Fryderyk – powiedział wyciągając dłoń do chłopaka.
- Wiem. – podał mu miękka dłoń. – Pierre.
- Pogadajcie sobie. Ja pójdę zobaczyć, czy ciotki mnie nie potrzebują. – powiedziała kuzyneczka po francusku, zaśmiała się, ucałowała Pierre’a w usta i uciekła. „Gdzie w tym wszystkim żałoba po ojcu?” pomyślał Fryderyk.
- Przyjechałeś z Polski? – zapytał Pierre gdy już zostali sami.
- Tak.
- Byłem w twoim kraju. – powiedział szybko. – Czy miasto Radom reprezentuje Polskę?
- Nie rozumiem twojego pytania.
- Nie rozumiesz po francusku mojego pytania?
- Nie rozumiem sensu tego pytania. Czy w Belgii masz miasto, które reprezentuje cały kraj? – powiedział Fryderyk starając się mówić powoli i bez cienia agresji. Po czym dodał.- Radom nie jest najciekawszym miastem.
- Ja nie widziałem tego miasta, ale moja koleżanka, której rodzice pochodzą z Radomia była tam na wakacjach i powiedziała, że to straszne miejsce.
- W takim razie przykro, że tam są jej korzenie…
- Widziałem Kraków i Kazimierz, wiesz, tę żydowską dzielnicę…
- Wiem, co to jest Kazimierz.
- Strasznie dużo tam synagog.
- Jak to w dzielnicy żydowskiej. – Powiedział Fryderyk patrząc jak Jan idzie w jego kierunku. Widział po jego ruchach, że coś się stało.
- A Warszawa…
- Fryc, musisz coś zobaczyć. – powiedział Jan po polsku podchodząc do nich.
- To jest Pierre, narzeczony naszej małej kuzynki.
- Miło mi.- powiedział po francusku Jan. – Chodź! – rzucił do Fryderyka.
- Warszawa jest dziwnym miastem, nie ma tam starych budynków. Ta starówka odrestaurowana. Wiem, że włoscy architekci budowali starą Warszawę. Mój ojciec jest Włochem… Ale to co teraz tam jest, nigdzie nie widziałem tak okropnego miasta…!
- Co mu jest? – zapytał Jan po polsku.
- Chłopiec leczy jakieś kompleksy, albo po prostu prowokuje. – odpowiedział Fryderyk.
- Chłopcze, widzę, że odrobiłeś swoją lekcję narodową. Ale czy wiesz, że Włosi nie tylko byli architektami Warszawy – dobrze opłacanymi przez polskiego króla – byli też w Warszawie i z innymi faszystami rozpieprzyli to miasto. Czy dobrze mówię po włosku? Zrozumiałeś mnie?! Vaffanculo! – gardłowo wyszeptał Jan. – A teraz chodź, szkoda na takiego dupka czasu. Przez lata emigracji nie raz natrafiałem na takich. – powiedział do Fryderyka po polsku i pociągnął go za sobą.
- Yes, Fuck you! – Przez ramię rzucił w stronę Pierre’a Fryderyk i poszedł za Janem. – Co mu powiedziałeś? Oprócz ostatniego zdania, które dobrze zrozumiałem…
- A… że dobrze odrobił swoją narodową historię, ale zapomniał o tym, że Włosi też byli w Warszawie, nie tylko jako architekci, ale i w kordonie wokół miasta, i uczestniczyli w rozpieprzaniu go.
- Włosi? Nie wiedziałem.
- No trochę nagiąłem historię. Tworzyli rodzaj trzeciego kręgu wokół Warszawy, raczej kucharze niż snajperzy. Nie ważne! Musisz coś zobaczyć!

sobota, 7 czerwca 2008

Pogrzeb


Pogrzeb odbył się w jesiennym słońcu.
_

środa, 28 maja 2008

Zahaczyli jeszcze o kilka knajp. W Bécasse wypili po jednym Westralle triple. O jedno za dużo. W L’Opera wypili Kwak, który oprócz odgłosu, który wydobywał się w pewnym momencie ze specjalnej szklanki umocowanej na drewnianym stelażu, nie miał w sobie nic specjalnego. Fryderyk nie omieszkał tego zauważyć.
- To takie turystyczne…
- Fryc, nie narzekaj! – powiedział Jan i zaciągnął go do Mort Subite. – Jeżeli teraz powiesz, że to też jest „turystyczne”, to się obrażę.
- Nie byłbym sprawiedliwy, ale… muszę coś zjeść. Nie mogę żyć tylko na serkach, plasterkach salami i piwach.
- Znam dobre miejsce…! – krzyknął Jan i zaciągnął Fryderyka do knajpy hiszpańskiej. To co tam się zdarzyło, było trochę krępujące dla Fryderyka. Ale był tak głodny, a dania tak pachnące i smaczne, że postanowił nie uciekać. A myślał, że będzie musiał.
Jan koniecznie chciał zaprzyjaźnić się z szefem kuchni. Mówił tylko po katalońsku i tak naprawdę, to chciał sam ugotować coś wspaniałego dla swojego nebot. Gdyby nie to, że szef był pobłażliwy a Fryderyk bardzo, ale to bardzo spokojny i przepraszający obydwaj wylecieliby na kopach i to na tyłach knajpy.
W końcu Jan pogodził się z tym, że kucharz tutaj rządzi, a Fryderyk miał przed sobą deskę z pokrojoną ośmiornicą, która ociekała oliwą. Jadł i myślał, że życie jest piękne. Na moment przestał myśleć o śmierci i o Bernardzie. Martwym Bernardzie. Jeżeli go wspominał, to jako Bernarda, którego tym razem nie ma z nimi. I ta wersja mu odpowiadała.


*


Zwlekli się na wieczór. Dwie siostry Marii były oburzone ich stanem. Trzecia była nieobecna. Jan się lekko zataczał i wygłaszał mowy pogrzebowe. Maria gorzko się uśmiechała i próbowała załagodzić sytuację. Fryderyk zaciągnął Jana do ich pokoju i zaproponował drzemkę. Jan po chwili głośno chrapał. Fryderyk wszedł na górę. Kobiety jeszcze dyskutowały na temat „skandalicznego zachowania Jana”. Widać, szybko zapomniały o młodzieńczej, wyidealizowanej miłości. Miłość z otartymi ustami spała i śniła koszmary.
- Wiem, że nie ma usprawiedliwienia dla naszego zachowania… - zaczął Fryderyk
- Fryderyk, ty nie zrobiłeś z siebie bydlęcia, to twój wujek… jak śmie w taki dzień upijać się!?
- Kasiu, daj spokój. – powiedziała Maria.
- To co mogę powiedzieć, to to jest alkohol i wrażliwość. Niebezpieczna mieszanka. Prawdopodobnie nie może sobie dać rady ze śmiercią Bernarda… też z innymi sprawami. Jutro nie będzie takiej sytuacji, wierzcie mi. – mówił Fryderyk.
- Nie musisz się tłumaczyć.- Powiedziała Maria. – Kto ma ochotę na herbatę? – szybko zmieniła temat. Siedzieli w czwórkę. Fryderyk słuchał. One mówiły, nie do niego. Wiedział, że nie rozmawiają swobodnie. Czuł się tym skrępowany. Wypił herbatę, podziękował za towarzystwo, przeprosił je i wyszedł. Zrobił to według zasad dobrej kindersztuby. Doceniły to.

niedziela, 25 maja 2008

poniedziałek, 19 maja 2008

Papierowy liść



Następnego dnia przywitali się z całą trójką sióstr Marii. Fryderyk wiedział, że jak były młodymi panienkami, wszystkie cztery kochały się w Janie. I teraz mimo woli obserwował ich wszystkich próbując wyłowić chociaż cień tamtych młodzieńczych uczuć. Nic, oprócz kobiecej kokieterii, nie zauważył.
Zostawili je, a sami pojechali metrem na Grande Place. Uciekli od nich.
Zaczęli od La fleur en papier doré. Stolik po lewej stronie od wejścia był wolny. Usiedli przy nim. Jan zamawiał piwo, a Fryderyk palcem wodził po wyrytych znakach na drewnie.
- Lubisz takie rzeczy, Fryc, co?
- Bardzo. Ślady…
- To masońska knajpa i spotykali się tutaj poeci surrealiści.
- Wiem. – powiedział i dalej dotykał starego drewna. Kelnerka przyniosła dwa Duvel. Wznieśli kieliszki, spojrzeli sobie w oczy i delikatnie stuknęli szkłem.
- Wspaniale. Szkoda, że nie ma z nami Bernarda. Dużo wiedział o Brukseli. Zrobiłem z nim kiedyś Safari po tutejszych knajpach. Słuchaj Fryc, on znał takie piękne miejsca ze wspaniałym piwem, że aż zachwyt brał. Powinien napisać przewodnik po brukselskich knajpach. Szkoda, że nie zdążył.
- Szkoda.
- Słuchaj, a propos poetów, to ty jeszcze coś piszesz?
- Czasami.
- Zacytujesz mi coś z ostatnich poezji? Myślę, że ta knajpa jest dobrym miejscem. – rozejrzał się po kremowych od tytoniu ścianach, na których poprzyczepiane było mnóstwo zdjęć, trofeów i wszystkiego co mogło być przyczepione.
- Dobra. – powiedział Fryderyk. Zamyślił się na chwilę i zaczął mówić:
Siedzę na krześle/Siedzę na dupie/Krzesło kawiarniane/Dupa własna//Palę papierosa/
Płuca moje//Piwo kupione/Zdjęcie Rentgena//A reszta w głowie/Jeszcze bulgocze.

- Śmiałe! – śmiał się Jan. – Wymyśliłeś to teraz?
- Tak. – uśmiechnął się. – Tak mi przykro jest, że Bernard nie żyje.
- Mnie też, ale czasu już nie cofniemy…
- Wiesz, jak jechałem tutaj, jeszcze w Polsce, wziąłem na „stopa” trzech młodych chłopaków, Meksykanów.
- No i… - Jan zdziwił się zmianą tematu.
- Weseli faceci. Przylecieli do siostry jednego z nich, która po studiach na warszawskiej ASP została w Polsce. Zachwyceni polskimi dziewczynami. Mówili, że jak wylądowali latem w Warszawie, to myśleli, że są w raju, bo tu, jak na ich warunki, roznegliżowane, piękne blond dziewczyny. Ale postanowili jednak jechać na Majorkę. A, bo w ogóle to są muzykami. Wiesz, mariachi. No i mieli problem, bo każdy z nich poznał fajną Polkę i zastanawiali się czy jechać grać, czy zostać z tymi kobietami.
- Wybrali muzykę.
- Tak. I właśnie rozmawialiśmy na temat wyborów, że może jakby zostali w Polsce to wcale nie mieliby lepiej…
- Nawet na pewno. – gorzko zaśmiał się Jan.
- Ale może założyliby z tymi kobietami rodziny.
- To mogą zrobić później i nie koniecznie z tymi kobietami.
- Tak.
- Ale jak to się ma do twojego smutku po Bernardzie?
- Nijak. – zaśmiał się Fryderyk. – A właściwie: i tu i tam, to tylko chwila.
- Zmieniamy lokal! – zakomenderował Jan. – Zanim nostalgia do końca spęta ci stopy…
- …? – zdziwił się Fryderyk. Wstali i wyszli przed lokal. Jeszcze nie wiedzieli, że za kilka miesięcy już nie będzie tego miejsca. Słońce świeciło. Poszli na lewo, w dół ulicy.

poniedziałek, 12 maja 2008

*

- Kiedy, w końcu, jest pogrzeb? Nie jutro? – zapytał Fryderyk, gdy już byli sami w pokoju na parterze.
- Pojutrze, o jedenastej. – odpowiedział Jan. Siedział w głębokim fotelu z kieliszkiem w dłoni. Lampa stojąca obok, poprzez kremowy abażur, oświetlała go trochę nierealnie.
- Myślałem, że jutro…
- Bo miał być, ale w prosektorium zatrzymali jeszcze jego ciało na dłużej.
- Co się stało? W dalszym ciągu nie wiadomo na co zmarł?
- Jednak wylew. Prawdopodobnie. Nie dopytywałem. Powiedz, co u ciebie. Chyba dwa lata nie widzieliśmy się.
- Chyba tak. Dwa lata… No wiesz…
- Rozumiem. – zaśmiał się.
- Dokładnie tak.
- Ale masz jeszcze to swoje wydawnictwo.
- Mam, ale cienko jest. Jeszcze nie splajtowałem, ale jak tak dalej pójdzie, to fiskus do mnie przyjdzie i zapyta: Fryc, za co wy żyjecie? Czy ta wasza firma, to przypadkiem nie jest jakiś szwindel?
- A jest?
- Jest ciężko…
- A jak twoja piękna żona?
- W dalszym ciągu piękna i szczupła… - zaśmiał się. – utrzymuje nasz dom. Chłopcy wspaniali. W dalszym ciągu mamy dobry kontakt. Albo jeszcze mamy… Jeszcze mają czas na bunt. Wiem, że będzie „gorąco”, tak jak kiedyś między mną a ojcem…
- Nie zakładaj takiego scenariusza, może między wami będzie lepiej.
- Oni muszą się zbuntować. Gdyby tego nie zrobili byłbym zaniepokojony.
- Jesteś dobrym ojcem.
- Staram się. A jak u ciebie?
- Wiesz, że mam sześćdziesiąt jeden lat…
- Tak, pamiętam. – uśmiechnął się.
- I już na pewno wiem, że nie jestem nieśmiertelny. Ostatnio dużo myślę o sprawach ostatecznych. Jeszcze się nie pakuję, ale zaczynam porządkować swoje sprawy. Zwłaszcza, jak umierają młodsi ode mnie kuzyni.
- A co słychać u Mariany? Jak się czuje?
- Moja żona? Robi sobie właściwie nieustającą sjestę. Nie myśli o zarabianiu pieniędzy. Czegoś takiego jak emerytura nie ma. Ma za to depresję.
- Poważną?
- Na tyle, że w czasie ostatniego Bożego Narodzenia mówiła, że to jej ostatnie święta, że do następnych nie dotrwa. I chciałaby, żebym umarł przed nią, bo bez niej nie dam sobie rady na obczyźnie.
- No co ty?!
- Naprawdę. „Na obczyźnie”! Rozumiesz, jestem w tym kraju od ponad trzydziestu lat i moja żona urodzona tam mówi, że nie dam sobie rady „na obczyźnie”.
- Ciężka sprawa…
- Ciężka sprawa, to żyć z kimś takim.
- A jak z pracą?
- W zeszłym roku na jesieni miałem wystawę - ale o tym chyba ci pisałem – no i dobrze poszło. Wszystkie obrazy. Ale następna wystawa będzie za rok, a pieniędzy już nie ma. Nie wiadomo czy następna też dobrze pójdzie…
- Ale sprzedajesz? W swoim mieście?
- Gdzie? W tej dziurze? Rynek zapchał się po trzech płótnach… Opowiadałem ci o tym naszym dealerze? Siedzę z kumplem w barze, jednym z dwóch w tym miasteczku, podchodzi do nas chłopak, który – o czym wszyscy wiedzą - pali hasz. Zaproponował nam torebeczkę „super towaru”. Niedrogo. Kupiliśmy. Wszyscy trzej zapaliliśmy. Dobry hasz. Po dwóch tygodniach spotyka mnie dealer i pyta czy mam może jeszcze ten „dobry towar”, bo on nie ma co palić.
- Poważnie? To palant!
- Sprzedałem mu jego hasz. Oczywiście podbiłem cenę, bo to przecież „bardzo dobry towar”.
- Może zajmij się tym zarobkowo. – zaśmiał się Fryderyk.
- Też przyszło mi to do głowy. – śmiał się.
- Nie dobrze z Marianą.
- Ona ma to od dłuższego czasu. To był jej pomysł z tym przeniesieniem się do Cataluni. A teraz chce wracać do Madrytu. Ale ceny domów tak podskoczyły, że nie stać nas na to. Wiesz jak nazywają Katalończyków…?
- Polacos.
- Właśnie, bo są tak daleko… Jutro przylatują siostry Marii.
- Wszystkie trzy jednym samolotem?
- Tak, napijmy się jeszcze.
- W takiej sytuacji jesteśmy do tego zmuszeni. – uśmiechnął się. – Wyjdę zapalić.
- Pójdę z tobą
- Chcesz? – zapytał Fryderyk wyciągając małe, blaszane pudełko z cygaretkami.
- Jaki smak?
- Koniak. – przeczytał napis na pudełku.
- Jak koniak, to nie odmówię. – zaśmiał się.

Stali na schodach prowadzących do małego ogródka na tyłach domu. Oprócz trawy, jakiegoś bliżej nieokreślonego krzaka i małej ławeczki była tam pustka. Pustka w półmroku.
- Zobacz na ten ogródek, jaki tu smutek panuje! Od samego tego widoku można umrzeć. – Powiedział Jan
- Chyba tak źle to nie jest.
- Dobrze na pewno nie. Słuchaj, może po pogrzebie byśmy skoczyli razem do Paryża? Wenecji ci nie proponuję. Wenecję zaproponowałbym fajnej dziewczynie. – zaśmiał się.
- Brzmi nęcąco. Ale nie wiem czy mam wystarczającą ilość kasy.
- Nie gadaj, masz dobrze zarabiającą żonę…
- Tak…
- Nie mówię o dobrych hotelach. Ale znajdziemy coś taniego. Pokoik nad Tabac
- Zobaczymy.
- Zobaczymy to znaczy: nie.
- Nie mówię: nie. Zaskoczyłeś mnie. Bardzo bym chciał, ale chyba nie mam tyle czasu. Zadzwonię do żony, żeby dowiedzieć się jak z jej planami. OK.?
- To już lepiej. Fryc. – powiedział Jan i poklepał go po plecach. Zgasił o schody cygaretkę i pstryknął niedopałkiem za mur ogródka. Fryderyk spojrzał na niego i po chwili wahania też pstryknął swoim niedopałkiem za mur, tylko ten z prawej strony.
- Che cazzo!!! – zaklął ktoś po włosku. Szybko się schowali.