wtorek, 29 kwietnia 2008




*



Następnego dnia wstał wcześnie i po lekkim śniadaniu oraz dwóch filiżankach kawy ruszył dalej. Nie dojechał jeszcze do granicy, jak zadzwonił Jan.
- Gdzie jesteś?
- Właśnie za kilometr przekroczę granicę…
- Z Belgią?!
- Nie, z Niemcami.
- Aha… ja już jestem.
- Mi to zajmie parę godzin… Jak Maria?
- Trzyma się. Słuchaj ze śmiercią Bernarda to jakaś dziwna sprawa.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytał Fryderyk zjeżdżając na parking. Pomyślał, że przekraczanie granicy ze słuchawką przy uchu może być odczytane jako arogancja.
- Jak przyjedziesz, to pogadamy.
- Ale przynajmniej mi naświetl sprawę…
- Ach, te twoje sformułowania! Kto tak mówi?!
- Ja! – chyba zbyt stanowczo odpowiedział.
- Dziwna sprawa, bo właściwie nikt nie wie jak to było z Bernardem. To znaczy nie wygląda, to na zawał. Nie chorował. Może ktoś go otruł?
- Bernarda? Fizyka? No chyba, że coś niesamowitego odkrył?!
- Bernard? – zapytał Jan i obydwaj wybuchli śmiechem. – Fryc, teraz powinieneś powiedzieć coś w rodzaju: Wybacz mi Bernard, niech ci ziemia lekką będzie!
- Masz rację! – śmiał się. – Oj, my też musimy się odreagować! Słuchaj, ruszam, bo nie dojadę na noc. Zadzwonię, jak przekroczę granicę z Belgią.
- Dzwoń na numer Bernarda…
- Daj spokój!
- Chodziło mi o numer domowy, no dobra: dzwoń na numer Marii. Zadowolony?
- Cześć! – powiedział Fryderyk i rozłączył się. Przypomniało mu się jak kilka lat temu, dzień przed pogrzebem jego babci, matki Jana, spędzili w letnim domku nad jeziorem. Zrobili stypę dzień przed pogrzebem.
_


Jan przyleciał wtedy do Polski. Zdążył zobaczyć swoją umierającą matkę. Pożegnał się z nią. Patrząc jak umiera zamykał długi rozdział swojego życia. Kilka tygodni później jego żona zobaczyła w nim innego człowieka. Mówiła, że dopiero teraz jest wolny…


_
Dzień przed pogrzebem Fryderyk miał jeszcze dużo spraw do załatwienia. Jan jeździł z nim do klientów. Czekał w samochodzie na niego i jechał dalej. Pod wieczór Fryderyk zapytał go gdzie chce przenocować, bo on musi jechać do letniego domku. Usłyszał wtedy: Fryc, jadę tam gdzie ty będziesz. Pojechali więc razem. Zrobili kolację. Otworzyli butelkę wina, potem drugą… Jan bał się zostać sam ze swoimi myślami o matce. Sam z zamurowanym otworem po drzwiach, które zamknął, które zamknęła śmierć matki.


_
Chwiejąc się lekko „trenowali” niesienie urny z prochami swojej babci i matki. Profanacja? Raczej smutek zawoalowany drwiną. Z jednej strony czułym żartem, z drugiej przerażeniem po oczyszczeniu. Urna ma dwoje uszu.


_
Następnego dnia ubrani w garnitury szli w szyku: Fryderyk pierwszy z urną w objęciach, a za nim Jan ze swoją siostrą. Jeszcze przez kilka godzin ludzie szeptali sobie. „To jej wnuk niósł ją do grobu. Widzieliście jakby ją obejmował. On był najbardziej z nią związany. To nie po chrześcijańsku spalić ciało. Ja bym tak nie mogła.” A Fryderyk rzeczywiście myślał o tym, że tak jakby ostatni raz obejmował swoją babcię. Pojawił mu się też obraz: potyka się i leci jak długi na chodnik przed kaplicą, babcia w urnie też leci i się rozsypuje… Mocniej objął urnę mając nadzieję, że jej pokrywa jest dobrze umocowana.


_
Stypy nie było.


_


Stypę zrobili ten jeden dzień wcześniej syn i wnuk.



*



Przez Niemcy przejechał szybko. Zatrzymał się tylko trzy razy, żeby skorzystać z toalety i napić się kawy i raz, żeby zjeść obiad.
- To jest chore. – powiedział później Jan. – Ta obawa przed Niemcami. Wojna dawno się skończyła.
- Wiem, ale to gdzieś głęboko we mnie siedzi. Nie lubię Niemców. Nie ufam im.
- Do tego dorzuć Żydów!
- Nie. Żydzi nie atakowali nas.
- Kogo nas?
- Polskę.
- Ilu znasz Niemców?
- Dwoje. Bardzo ich lubię. Ale Niemcy jako kraj i naród – nie. No i tyle.
- Twój ojciec opowiadał kiedyś, że twój dziadek nie lubił Żydów. – prowokował Jan.
- Ale to była sprawa biznesu. – zaśmiał się Fryderyk. – To było przed wojną i mój dziadek otworzył mały sklep z mięsem i bojówki żydowskie przychodziły do niego z kijami, więc ich pogonił. A później obniżyli ceny tak, że dziadek splajtował. Miał prawo ich nie lubić. Nie wiem czy generalizował czy tylko nie lubił Żydów-rzeźników? Nieważne. Byłem kiedyś, jeszcze z rodzicami, w Niemczech. Jakieś dziwne miasta DDRu. Lipsk z pokojem hotelowym wyklejonym kwiecistą tapetą. Potem Dusseldorf i pamiętam sok jabłkowy w kartonach. Katedra w Koloni. Miałem wtedy dwanaście lat. To był pierwszy i ostatni raz jak byłem tam kilka dni. Jak już sam zacząłem podróżować, to tylko przejeżdżałem przez ten kraj. Wiem, że Berlin i Hamburg… Może jestem ograniczony…- Fryderyk zorientował się, że Jan milczy i tylko patrzy na niego i że już to po prostu u swojego siostrzeńca zaakceptował. Fryderyk przestał więc mówić.
Przez Niemcy przejechał szybko.

1 komentarz:

Rafał T. Czachorowski pisze...

W końcu zaczynam "zdrapywać". Dzisiaj, a jest przed 8:00, usunąłem kilka wyrazów i dwa zdania z akapitów umieszczonych wczoraj.