
niedziela, 25 maja 2008
poniedziałek, 19 maja 2008
Papierowy liść
Następnego dnia przywitali się z całą trójką sióstr Marii. Fryderyk wiedział, że jak były młodymi panienkami, wszystkie cztery kochały się w Janie. I teraz mimo woli obserwował ich wszystkich próbując wyłowić chociaż cień tamtych młodzieńczych uczuć. Nic, oprócz kobiecej kokieterii, nie zauważył.
Zostawili je, a sami pojechali metrem na Grande Place. Uciekli od nich.
Zaczęli od La fleur en papier doré. Stolik po lewej stronie od wejścia był wolny. Usiedli przy nim. Jan zamawiał piwo, a Fryderyk palcem wodził po wyrytych znakach na drewnie.
- Lubisz takie rzeczy, Fryc, co?
- Bardzo. Ślady…
- To masońska knajpa i spotykali się tutaj poeci surrealiści.
- Wiem. – powiedział i dalej dotykał starego drewna. Kelnerka przyniosła dwa Duvel. Wznieśli kieliszki, spojrzeli sobie w oczy i delikatnie stuknęli szkłem.
- Wspaniale. Szkoda, że nie ma z nami Bernarda. Dużo wiedział o Brukseli. Zrobiłem z nim kiedyś Safari po tutejszych knajpach. Słuchaj Fryc, on znał takie piękne miejsca ze wspaniałym piwem, że aż zachwyt brał. Powinien napisać przewodnik po brukselskich knajpach. Szkoda, że nie zdążył.
- Szkoda.
- Słuchaj, a propos poetów, to ty jeszcze coś piszesz?
- Czasami.
- Zacytujesz mi coś z ostatnich poezji? Myślę, że ta knajpa jest dobrym miejscem. – rozejrzał się po kremowych od tytoniu ścianach, na których poprzyczepiane było mnóstwo zdjęć, trofeów i wszystkiego co mogło być przyczepione.
- Dobra. – powiedział Fryderyk. Zamyślił się na chwilę i zaczął mówić:
Siedzę na krześle/Siedzę na dupie/Krzesło kawiarniane/Dupa własna//Palę papierosa/
Płuca moje//Piwo kupione/Zdjęcie Rentgena//A reszta w głowie/Jeszcze bulgocze.
- Śmiałe! – śmiał się Jan. – Wymyśliłeś to teraz?
- Tak. – uśmiechnął się. – Tak mi przykro jest, że Bernard nie żyje.
- Mnie też, ale czasu już nie cofniemy…
- Wiesz, jak jechałem tutaj, jeszcze w Polsce, wziąłem na „stopa” trzech młodych chłopaków, Meksykanów.
- No i… - Jan zdziwił się zmianą tematu.
- Weseli faceci. Przylecieli do siostry jednego z nich, która po studiach na warszawskiej ASP została w Polsce. Zachwyceni polskimi dziewczynami. Mówili, że jak wylądowali latem w Warszawie, to myśleli, że są w raju, bo tu, jak na ich warunki, roznegliżowane, piękne blond dziewczyny. Ale postanowili jednak jechać na Majorkę. A, bo w ogóle to są muzykami. Wiesz, mariachi. No i mieli problem, bo każdy z nich poznał fajną Polkę i zastanawiali się czy jechać grać, czy zostać z tymi kobietami.
- Wybrali muzykę.
- Tak. I właśnie rozmawialiśmy na temat wyborów, że może jakby zostali w Polsce to wcale nie mieliby lepiej…
- Nawet na pewno. – gorzko zaśmiał się Jan.
- Ale może założyliby z tymi kobietami rodziny.
- To mogą zrobić później i nie koniecznie z tymi kobietami.
- Tak.
- Ale jak to się ma do twojego smutku po Bernardzie?
- Nijak. – zaśmiał się Fryderyk. – A właściwie: i tu i tam, to tylko chwila.
- Zmieniamy lokal! – zakomenderował Jan. – Zanim nostalgia do końca spęta ci stopy…
- …? – zdziwił się Fryderyk. Wstali i wyszli przed lokal. Jeszcze nie wiedzieli, że za kilka miesięcy już nie będzie tego miejsca. Słońce świeciło. Poszli na lewo, w dół ulicy.
poniedziałek, 12 maja 2008
*
- Kiedy, w końcu, jest pogrzeb? Nie jutro? – zapytał Fryderyk, gdy już byli sami w pokoju na parterze.
- Pojutrze, o jedenastej. – odpowiedział Jan. Siedział w głębokim fotelu z kieliszkiem w dłoni. Lampa stojąca obok, poprzez kremowy abażur, oświetlała go trochę nierealnie.
- Myślałem, że jutro…
- Bo miał być, ale w prosektorium zatrzymali jeszcze jego ciało na dłużej.
- Co się stało? W dalszym ciągu nie wiadomo na co zmarł?
- Jednak wylew. Prawdopodobnie. Nie dopytywałem. Powiedz, co u ciebie. Chyba dwa lata nie widzieliśmy się.
- Chyba tak. Dwa lata… No wiesz…
- Rozumiem. – zaśmiał się.
- Dokładnie tak.
- Ale masz jeszcze to swoje wydawnictwo.
- Mam, ale cienko jest. Jeszcze nie splajtowałem, ale jak tak dalej pójdzie, to fiskus do mnie przyjdzie i zapyta: Fryc, za co wy żyjecie? Czy ta wasza firma, to przypadkiem nie jest jakiś szwindel?
- A jest?
- Jest ciężko…
- A jak twoja piękna żona?
- W dalszym ciągu piękna i szczupła… - zaśmiał się. – utrzymuje nasz dom. Chłopcy wspaniali. W dalszym ciągu mamy dobry kontakt. Albo jeszcze mamy… Jeszcze mają czas na bunt. Wiem, że będzie „gorąco”, tak jak kiedyś między mną a ojcem…
- Nie zakładaj takiego scenariusza, może między wami będzie lepiej.
- Oni muszą się zbuntować. Gdyby tego nie zrobili byłbym zaniepokojony.
- Jesteś dobrym ojcem.
- Staram się. A jak u ciebie?
- Wiesz, że mam sześćdziesiąt jeden lat…
- Tak, pamiętam. – uśmiechnął się.
- I już na pewno wiem, że nie jestem nieśmiertelny. Ostatnio dużo myślę o sprawach ostatecznych. Jeszcze się nie pakuję, ale zaczynam porządkować swoje sprawy. Zwłaszcza, jak umierają młodsi ode mnie kuzyni.
- A co słychać u Mariany? Jak się czuje?
- Moja żona? Robi sobie właściwie nieustającą sjestę. Nie myśli o zarabianiu pieniędzy. Czegoś takiego jak emerytura nie ma. Ma za to depresję.
- Poważną?
- Na tyle, że w czasie ostatniego Bożego Narodzenia mówiła, że to jej ostatnie święta, że do następnych nie dotrwa. I chciałaby, żebym umarł przed nią, bo bez niej nie dam sobie rady na obczyźnie.
- No co ty?!
- Naprawdę. „Na obczyźnie”! Rozumiesz, jestem w tym kraju od ponad trzydziestu lat i moja żona urodzona tam mówi, że nie dam sobie rady „na obczyźnie”.
- Ciężka sprawa…
- Ciężka sprawa, to żyć z kimś takim.
- A jak z pracą?
- W zeszłym roku na jesieni miałem wystawę - ale o tym chyba ci pisałem – no i dobrze poszło. Wszystkie obrazy. Ale następna wystawa będzie za rok, a pieniędzy już nie ma. Nie wiadomo czy następna też dobrze pójdzie…
- Ale sprzedajesz? W swoim mieście?
- Gdzie? W tej dziurze? Rynek zapchał się po trzech płótnach… Opowiadałem ci o tym naszym dealerze? Siedzę z kumplem w barze, jednym z dwóch w tym miasteczku, podchodzi do nas chłopak, który – o czym wszyscy wiedzą - pali hasz. Zaproponował nam torebeczkę „super towaru”. Niedrogo. Kupiliśmy. Wszyscy trzej zapaliliśmy. Dobry hasz. Po dwóch tygodniach spotyka mnie dealer i pyta czy mam może jeszcze ten „dobry towar”, bo on nie ma co palić.
- Poważnie? To palant!
- Sprzedałem mu jego hasz. Oczywiście podbiłem cenę, bo to przecież „bardzo dobry towar”.
- Może zajmij się tym zarobkowo. – zaśmiał się Fryderyk.
- Też przyszło mi to do głowy. – śmiał się.
- Nie dobrze z Marianą.
- Ona ma to od dłuższego czasu. To był jej pomysł z tym przeniesieniem się do Cataluni. A teraz chce wracać do Madrytu. Ale ceny domów tak podskoczyły, że nie stać nas na to. Wiesz jak nazywają Katalończyków…?
- Polacos.
- Właśnie, bo są tak daleko… Jutro przylatują siostry Marii.
- Wszystkie trzy jednym samolotem?
- Tak, napijmy się jeszcze.
- W takiej sytuacji jesteśmy do tego zmuszeni. – uśmiechnął się. – Wyjdę zapalić.
- Pójdę z tobą
- Chcesz? – zapytał Fryderyk wyciągając małe, blaszane pudełko z cygaretkami.
- Jaki smak?
- Koniak. – przeczytał napis na pudełku.
- Jak koniak, to nie odmówię. – zaśmiał się.
Stali na schodach prowadzących do małego ogródka na tyłach domu. Oprócz trawy, jakiegoś bliżej nieokreślonego krzaka i małej ławeczki była tam pustka. Pustka w półmroku.- Zobacz na ten ogródek, jaki tu smutek panuje! Od samego tego widoku można umrzeć. – Powiedział Jan
- Chyba tak źle to nie jest.
- Dobrze na pewno nie. Słuchaj, może po pogrzebie byśmy skoczyli razem do Paryża? Wenecji ci nie proponuję. Wenecję zaproponowałbym fajnej dziewczynie. – zaśmiał się.
- Brzmi nęcąco. Ale nie wiem czy mam wystarczającą ilość kasy.
- Nie gadaj, masz dobrze zarabiającą żonę…
- Tak…
- Nie mówię o dobrych hotelach. Ale znajdziemy coś taniego. Pokoik nad Tabac
- Zobaczymy.
- Zobaczymy to znaczy: nie.
- Nie mówię: nie. Zaskoczyłeś mnie. Bardzo bym chciał, ale chyba nie mam tyle czasu. Zadzwonię do żony, żeby dowiedzieć się jak z jej planami. OK.?
- To już lepiej. Fryc. – powiedział Jan i poklepał go po plecach. Zgasił o schody cygaretkę i pstryknął niedopałkiem za mur ogródka. Fryderyk spojrzał na niego i po chwili wahania też pstryknął swoim niedopałkiem za mur, tylko ten z prawej strony.
- Che cazzo!!! – zaklął ktoś po włosku. Szybko się schowali.
środa, 7 maja 2008

10, rue de mort
Do Brukseli wjechał tak, że jeszcze zobaczył jej słynne jesienne butelkowe niebo. A później nastał wieczór. Skręcił z dużej ulicy w lewo, w małą uliczkę, później w prawo, w jeszcze mniejszą i zatrzymał się przed numerem 10. Wciśnięty między dwa apartamentowce z lat siedemdziesiątych stał wąski domek o dwóch piętrach. Jego fasada z lat trzydziestych nasuwała na myśl ostatniego strażnika dawnych terenów. Krótko rzecz ujmując: dom nie pasował już do tej ulicy.
Uchylił starą furtkę. Nie skrzypnęła nawet. Przeszedł pięć kroków małym chodnikiem, nogami trącając jakieś kwiaty. Przy drzwiach odnalazł mały, podświetlony przycisk (bez nazwiska czy numeru). Nacisnął. W ciemności lekko rozbitej światłem z okien pierwszego piętra, rozbrzmiał dziwaczny, starodawny dzwonek. „Czy to jakaś bajka, a może horror?” pomyślał Fryderyk czekając, aż ktoś go wpuści. Właśnie miał ponownie nacisnąć dzwonek, gdy nad nim otworzyło się okno i zobaczył w nim na wpół wychylonego Jana.
- Pchnij drzwi! Są otwarte. Wejdź na górę. – Powiedział i zniknął.
- Dobra. – odpowiedział pustce Fryderyk i pchnął drzwi.
Walizkę postawił w hollu, przy schodach i wszedł na górę. Tam już czekał na niego Jan. Objął go tak mocno, że Fryderyk prawie stracił dech. „W dalszym ciągu ma parę.” pomyślał ale równocześnie zauważył, że od ostatniego spotkania postarzał się.
- Cześć, jak się masz? – wyszeptał Fryderyk.
- U mnie wszystko dobrze. Dlaczego szepczesz? – zapytał Jan.
- Nie wiem… - dalej szeptał. – Może mi to zaraz przejdzie. A gdzie Maria? – już na głos zapytał.
- W salonie, rozmawia przez telefon, chodź… - pchnął lekko siostrzeńca w stronę dużego pokoju. – Zjesz coś, napijesz się?
- Na razie dziękuję.
- „Na razie” ? Później nie będę proponował – uśmiechnął się.
Maria właśnie odłożyła słuchawkę i stojąc przy pięknej komodzie (na której stało kilka zdjęć w różnych ramkach oraz secesyjna lampa naftowa), wyglądając dostojnie otworzyła ramiona. Fryderyk podszedł i przytulił ją.
- Fryc, kochany! – załkała.
- Marysiu! – szepnął Fryderyk i zobaczył scenkę z Arizona Dream jak siostrzeniec spotyka się ze swoim wujkiem i dialog między nimi dokładnie brzmi:
- Axel, Axel, Axel…
- Leo, Leo, Leo…
I tylko tyle.
Maria w swoim nienagannym stroju podała do stołu zupę kremową z pora i kilka kromek razowego chleba. „No tak, trzeba będzie się na te dwa dni przestawić” pomyślał Fryderyk zasiadając przed tym daniem.
- Jedz, kochany, my już jesteśmy po kolacji. Wina?
- Poproszę.
- Jak podróż, męcząca?
- Trochę.
- Jestem wam bardzo wdzięczna, że przyjechaliście… z tak różnych stron świata.
- Jesteśmy rodziną.
- A ty z Bernardem jesteś podwójnym ogniwem naszych rodzin. – Dopowiedział Jan wznosząc kieliszek z czerwonym winem.
- Tak. – zamyśliła się Maria. – Byliśmy… ogniwem. W ostatnich latach dość słabym, ale jednak byliśmy. – wzniosła swój kieliszek.
- Za Bernarda! – powiedział Jan, a Fryderyk spojrzał na Marię, która kiwnęła głową, wiec wzniósł i swój kielich.
- Twoje siostry już przyleciały? – zapytał Fryderyk, gdy już upili łyk wina.
- Jutro rano przylatują.
- Słuchaj, może wynajmiemy z Janem pokój w hotelu. Nie chcemy Wam przeszkadzać.
- Nie przeszkadzacie. Na parterze jest pokój dla was. Możecie zostać dłużej. Bernard byłby zadowolony. – powiedziała i łzy napłynęły jej do oczu.
wtorek, 29 kwietnia 2008
*
Następnego dnia wstał wcześnie i po lekkim śniadaniu oraz dwóch filiżankach kawy ruszył dalej. Nie dojechał jeszcze do granicy, jak zadzwonił Jan.
- Gdzie jesteś?
- Właśnie za kilometr przekroczę granicę…
- Z Belgią?!
- Nie, z Niemcami.
- Aha… ja już jestem.
- Mi to zajmie parę godzin… Jak Maria?
- Trzyma się. Słuchaj ze śmiercią Bernarda to jakaś dziwna sprawa.
- Dlaczego tak uważasz? – zapytał Fryderyk zjeżdżając na parking. Pomyślał, że przekraczanie granicy ze słuchawką przy uchu może być odczytane jako arogancja.
- Jak przyjedziesz, to pogadamy.
- Ale przynajmniej mi naświetl sprawę…
- Ach, te twoje sformułowania! Kto tak mówi?!
- Ja! – chyba zbyt stanowczo odpowiedział.
- Dziwna sprawa, bo właściwie nikt nie wie jak to było z Bernardem. To znaczy nie wygląda, to na zawał. Nie chorował. Może ktoś go otruł?
- Bernarda? Fizyka? No chyba, że coś niesamowitego odkrył?!
- Bernard? – zapytał Jan i obydwaj wybuchli śmiechem. – Fryc, teraz powinieneś powiedzieć coś w rodzaju: Wybacz mi Bernard, niech ci ziemia lekką będzie!
- Masz rację! – śmiał się. – Oj, my też musimy się odreagować! Słuchaj, ruszam, bo nie dojadę na noc. Zadzwonię, jak przekroczę granicę z Belgią.
- Dzwoń na numer Bernarda…
- Daj spokój!
- Chodziło mi o numer domowy, no dobra: dzwoń na numer Marii. Zadowolony?
- Cześć! – powiedział Fryderyk i rozłączył się. Przypomniało mu się jak kilka lat temu, dzień przed pogrzebem jego babci, matki Jana, spędzili w letnim domku nad jeziorem. Zrobili stypę dzień przed pogrzebem.
_
Jan przyleciał wtedy do Polski. Zdążył zobaczyć swoją umierającą matkę. Pożegnał się z nią. Patrząc jak umiera zamykał długi rozdział swojego życia. Kilka tygodni później jego żona zobaczyła w nim innego człowieka. Mówiła, że dopiero teraz jest wolny…
_
Dzień przed pogrzebem Fryderyk miał jeszcze dużo spraw do załatwienia. Jan jeździł z nim do klientów. Czekał w samochodzie na niego i jechał dalej. Pod wieczór Fryderyk zapytał go gdzie chce przenocować, bo on musi jechać do letniego domku. Usłyszał wtedy: Fryc, jadę tam gdzie ty będziesz. Pojechali więc razem. Zrobili kolację. Otworzyli butelkę wina, potem drugą… Jan bał się zostać sam ze swoimi myślami o matce. Sam z zamurowanym otworem po drzwiach, które zamknął, które zamknęła śmierć matki.
Dzień przed pogrzebem Fryderyk miał jeszcze dużo spraw do załatwienia. Jan jeździł z nim do klientów. Czekał w samochodzie na niego i jechał dalej. Pod wieczór Fryderyk zapytał go gdzie chce przenocować, bo on musi jechać do letniego domku. Usłyszał wtedy: Fryc, jadę tam gdzie ty będziesz. Pojechali więc razem. Zrobili kolację. Otworzyli butelkę wina, potem drugą… Jan bał się zostać sam ze swoimi myślami o matce. Sam z zamurowanym otworem po drzwiach, które zamknął, które zamknęła śmierć matki.
_
Chwiejąc się lekko „trenowali” niesienie urny z prochami swojej babci i matki. Profanacja? Raczej smutek zawoalowany drwiną. Z jednej strony czułym żartem, z drugiej przerażeniem po oczyszczeniu. Urna ma dwoje uszu.
Chwiejąc się lekko „trenowali” niesienie urny z prochami swojej babci i matki. Profanacja? Raczej smutek zawoalowany drwiną. Z jednej strony czułym żartem, z drugiej przerażeniem po oczyszczeniu. Urna ma dwoje uszu.
_
Następnego dnia ubrani w garnitury szli w szyku: Fryderyk pierwszy z urną w objęciach, a za nim Jan ze swoją siostrą. Jeszcze przez kilka godzin ludzie szeptali sobie. „To jej wnuk niósł ją do grobu. Widzieliście jakby ją obejmował. On był najbardziej z nią związany. To nie po chrześcijańsku spalić ciało. Ja bym tak nie mogła.” A Fryderyk rzeczywiście myślał o tym, że tak jakby ostatni raz obejmował swoją babcię. Pojawił mu się też obraz: potyka się i leci jak długi na chodnik przed kaplicą, babcia w urnie też leci i się rozsypuje… Mocniej objął urnę mając nadzieję, że jej pokrywa jest dobrze umocowana.
Następnego dnia ubrani w garnitury szli w szyku: Fryderyk pierwszy z urną w objęciach, a za nim Jan ze swoją siostrą. Jeszcze przez kilka godzin ludzie szeptali sobie. „To jej wnuk niósł ją do grobu. Widzieliście jakby ją obejmował. On był najbardziej z nią związany. To nie po chrześcijańsku spalić ciało. Ja bym tak nie mogła.” A Fryderyk rzeczywiście myślał o tym, że tak jakby ostatni raz obejmował swoją babcię. Pojawił mu się też obraz: potyka się i leci jak długi na chodnik przed kaplicą, babcia w urnie też leci i się rozsypuje… Mocniej objął urnę mając nadzieję, że jej pokrywa jest dobrze umocowana.

_
Stypy nie było.
Stypy nie było.
_
Stypę zrobili ten jeden dzień wcześniej syn i wnuk.
*
Przez Niemcy przejechał szybko. Zatrzymał się tylko trzy razy, żeby skorzystać z toalety i napić się kawy i raz, żeby zjeść obiad.
- To jest chore. – powiedział później Jan. – Ta obawa przed Niemcami. Wojna dawno się skończyła.
- Wiem, ale to gdzieś głęboko we mnie siedzi. Nie lubię Niemców. Nie ufam im.
- Do tego dorzuć Żydów!
- Nie. Żydzi nie atakowali nas.
- Kogo nas?
- Polskę.
- Ilu znasz Niemców?
- Dwoje. Bardzo ich lubię. Ale Niemcy jako kraj i naród – nie. No i tyle.
- Twój ojciec opowiadał kiedyś, że twój dziadek nie lubił Żydów. – prowokował Jan.
- Ale to była sprawa biznesu. – zaśmiał się Fryderyk. – To było przed wojną i mój dziadek otworzył mały sklep z mięsem i bojówki żydowskie przychodziły do niego z kijami, więc ich pogonił. A później obniżyli ceny tak, że dziadek splajtował. Miał prawo ich nie lubić. Nie wiem czy generalizował czy tylko nie lubił Żydów-rzeźników? Nieważne. Byłem kiedyś, jeszcze z rodzicami, w Niemczech. Jakieś dziwne miasta DDRu. Lipsk z pokojem hotelowym wyklejonym kwiecistą tapetą. Potem Dusseldorf i pamiętam sok jabłkowy w kartonach. Katedra w Koloni. Miałem wtedy dwanaście lat. To był pierwszy i ostatni raz jak byłem tam kilka dni. Jak już sam zacząłem podróżować, to tylko przejeżdżałem przez ten kraj. Wiem, że Berlin i Hamburg… Może jestem ograniczony…- Fryderyk zorientował się, że Jan milczy i tylko patrzy na niego i że już to po prostu u swojego siostrzeńca zaakceptował. Fryderyk przestał więc mówić.
Przez Niemcy przejechał szybko.
czwartek, 24 kwietnia 2008
22 i inne drogi
Już za Warszawą poczuł się lepiej. Zatłoczone ulice zmieniły się w luźniejszą, trochę większą drogę. Szare bloki mieszkalne z lat siedemdziesiątych zostały w tyle. Mijał nowoczesne biurowce z halami i gospodarstwa rolne oraz zapuszczone chaty wiejskie. Zapuszczone, bo zapomniane, nawet jeżeli w środku byli ludzie. Słońce świeciło. Z głośników snuł się jazz. Obok na siedzeniu leżała butelka z colą i paczka papierosów. Na małym ekranie telefonu niebieska linia trasy ze strzałką powoli przesuwała się w kierunku horyzontu niby w 3D.
Jechał. W pewnym momencie zorientował się, że traktuje tę podróż jak wyprawę. Zupełnie jakby jej celem nie było stawienie się na cmentarzu, gdzie w ceremonii pogrzebowej odda cześć martwemu ciału swojego kuzyna. Pamięci po nim. Dla kogo właściwie jedzie? Dla Bernarda? Dla Marii? Innych ludzi z rodziny? A może dla siebie? Może to jest tylko pretekst, żeby uciec? Może w ogóle nie wróci?

Spojrzał na licznik kilometrów. Przejechał trochę ponad 50, a już się zaczął rozglądać za barem… za kawą. Wypatrzył jeden z tych dziwnych barów, który nie był obskurny, ale też nie miał w sobie tego czegoś, co przyciąga całe rodziny i podróżnych w nowych modelach bmw czy mercedesa. Wiedział, że jeżeli tylko mają kawę z ekspresu, to zagości w nim na dobre pół godziny.
Siedział przy dużym drewnianym stole i czekał na zamówioną kawę.
- Z podróży najbardziej lubię zatrzymywanie się. - wyszeptał do siebie wesoło. To było ulubione powiedzonko jego i jego rodziny. Tej najbliższej. Stąd mało kto chciał z nimi razem jechać. Jeżeli się umawiali na wczasy, ich znajomi tę samą drogę pokonywali w dużo krótszym czasie. „Chrzanić sprinterów” pomyślał wsypując cukier do właśnie przyniesionej kawy. Wzrokiem odprowadził kelnerkę. Oprócz niego nikt nie siedział przed barem. Było dość chłodno. Ale słońce w dalszym ciągu świeciło, więc postanowił właśnie tutaj spędzić te parę minut.
Bar był lekko odsunięty od drogi. Wciśnięty w liściasty las. Przed nim rozpełzł parking, który w deszczowe dni na pewno był kupą błota rozjeżdżaną przez TIRy. Różowa farba na fasadzie budynku najwidoczniej nie odstraszała kierowców. Musiał coś w sobie mieć oprócz zgrabnej kelnerki. Z pewnością były to duże, smaczne i tanie porcje kotletów, golonek i żurków.
Siedział, palił, popijał stygnącą kawę i patrzył na przejeżdżające drogą olbrzymie samochody ciężarowe. Przypomniał sobie, jak kiedyś złapał się na tym, że nie chce zjechać z drogi, bo właśnie udało mu się wyprzedzić kilka takich TIRów. Myśl, że one pomknął dalej, gdy będzie jadł jakieś flaki czy żurek, a później znowu będzie musiał je z trudem, na wąskiej drodze wyprzedzać, nie pozwalała mu zrobić postoju. To był jakiś szaleńczy wyścig. Konkurowanie z dużo większymi samochodami, które pozbijane w konwoje były nie lada przeszkodą. Teraz nie miał tego problemu. Niech sobie jadą! „Co by było gdybym zginął w wypadku jadąc na pogrzeb?” pomyślał jakoś dziwnie rozbawiony taką wizją. „To zupełnie jakbym wpadł pod karawan”. Sięgnął po telefon i zadzwonił do żony. Włączyła się poczta głosowa. Nie zostawił wiadomości. Wiedział, że zostawił ślad i jak będzie mogła, to oddzwoni. Przez moment zastanawiał się z kim jeszcze mógłby porozmawiać jednak schował telefon do kurtki.
*
Późnym wieczorem dotarł do Kostrzyna. Odnalazł hotel z zamówionym pokojem. Światło w recepcji i samo pomieszczenie sprawiało na nim wrażenie nierealnego. Wiedział, że to przez te godziny spędzone w samochodzie. Zostawił w pokoju walizkę i wyszedł. Chciał się przejść. Miasto właściwie było opustoszałe. Patrzył na swój cień rzucany na bruk. Był to cień jego ojca sprzed wielu lat. Pomyślał, że to wygląda tak, jakby szedł razem z nim.
_
Sięgnął po telefon i zadzwonił do żony. Nie odebrała. Zadzwonił jeszcze raz, na numer domowy. Odebrała. Wszystko dobrze, cieszy się, że spokojnie dotarł... Dzieci już śpią, ona też jest zmęczona i już leży… Fryderyk nie chciał jeszcze się kłaść. Wiedział, że nie zaśnie. Za dużo myśli mu się kłębiło w głowie. Miał tyle czasu na przebywanie ze sobą… „Za dużo” pomyślał i uśmiechnął się.
_
W hotelowym barze zamówił małe piwo.
- Z kija czy z butelki? – zachrypiał młody barman.
- Z kija, poproszę.
- Pan z daleka?
- Z Żoliborza.
- To daleko?
- Koło Warszawy.
- Nie znam…
- Mała miejscowość. – powiedział i zastanowił się nad słowami barmana. Czy on nie zna Żoliborza, czy Warszawy. „Niewybredny dowcip z tym Żoliborzem” skarcił się w myślach.
- Pan do Berlina.
- Nie. Dalej.
- W interesach.
- Można tak powiedzieć. – powiedział znudzony tym przesłuchaniem.
- Zmęczony jest pan drogą, co? W Polsce to nie ma jazdy. Przez Niemcy, to pan śmignie!
- Co tam się dzieje? – zapytał wskazując salę za przeszklonymi drzwiami. – Wesele?
- Tak. Długo nie potrwa, bo już większość gości ma nieźle w czubie. Pan się zatrzymał u nas w hotelu? Pokoje są oddalone od sali bankietowej, więc powinien pan usnąć. – uśmiechnął się.
- Może się uda.
- Z kija czy z butelki? – zachrypiał młody barman.
- Z kija, poproszę.
- Pan z daleka?
- Z Żoliborza.
- To daleko?
- Koło Warszawy.
- Nie znam…
- Mała miejscowość. – powiedział i zastanowił się nad słowami barmana. Czy on nie zna Żoliborza, czy Warszawy. „Niewybredny dowcip z tym Żoliborzem” skarcił się w myślach.
- Pan do Berlina.
- Nie. Dalej.
- W interesach.
- Można tak powiedzieć. – powiedział znudzony tym przesłuchaniem.
- Zmęczony jest pan drogą, co? W Polsce to nie ma jazdy. Przez Niemcy, to pan śmignie!
- Co tam się dzieje? – zapytał wskazując salę za przeszklonymi drzwiami. – Wesele?
- Tak. Długo nie potrwa, bo już większość gości ma nieźle w czubie. Pan się zatrzymał u nas w hotelu? Pokoje są oddalone od sali bankietowej, więc powinien pan usnąć. – uśmiechnął się.
- Może się uda.
_
Do baru z hukiem weszło dwóch weselników. Zupełnie nietanecznym krokiem podeszli do kontuaru.
- Panie starszy, dwa piwka proszszszę… Dla mnie i dla mojego nowego kuma.
- Już nalewam. – spokojnie odpowiedział barman. Nie zapytał jakie chcą piwo. Po prostu nalał im. Teraz drzwi były na oścież otwarte. Wesele wsunęło się językiem do baru.
- Panie starszy, dwa piwka proszszszę… Dla mnie i dla mojego nowego kuma.
- Już nalewam. – spokojnie odpowiedział barman. Nie zapytał jakie chcą piwo. Po prostu nalał im. Teraz drzwi były na oścież otwarte. Wesele wsunęło się językiem do baru.
_
Fryderyk patrzył. Spektakl fascynował go i równocześnie przerażał. Kobiety i mężczyźni pod widocznym wpływem alkoholu poruszali się w rytm - i poza nim - muzyki granej przez zespół. Żaden z mężczyzn nie miał na sobie marynarki. Niektórym koszule wystawały ze spodni. Krawaty poluzowane, guziki pod szyją rozpięte. Kobiety w sukniach od lekkich na ramiączkach po obudowane w kołnierze z lisów. Jedna leżała na podłodze i podnosiła prawą nogę w rytm skocznego disco polo. Obnażyła skrawek ciała miedzy koronkową częścią pończochy a majtkami.
- Wszystko jej widać. – ściszonym głosem powiedział do Fryderyka barman. – To jest dziwne, normalnie, w innych warunkach, to mógłby być nawet miły widok, podniecający, ale to coś, tam, to jest…
- Wulgarne.
- Właśnie. Ohyda.
Orkiestra przestała grać. Wodzirej zapowiedział kolejną weselną zabawę. Ale najpierw… A teraz idziemy na jednego!
- Ile jestem winny?
- Nic. Na koszt młodej pary. – zaśmiał się barman.
- OK. Proszę im podziękować – uśmiechnął się Fryderyk. A po chwili zastanowienia dodał. – Jestem z Warszawy.
- Wiem, wychowałem się na Woli. – głośno zaśmiał się. A Fryderyk uśmiechając się podniósł rękę w geście pożegnania i cicho wyszedł.
- Wszystko jej widać. – ściszonym głosem powiedział do Fryderyka barman. – To jest dziwne, normalnie, w innych warunkach, to mógłby być nawet miły widok, podniecający, ale to coś, tam, to jest…
- Wulgarne.
- Właśnie. Ohyda.
Orkiestra przestała grać. Wodzirej zapowiedział kolejną weselną zabawę. Ale najpierw… A teraz idziemy na jednego!
- Ile jestem winny?
- Nic. Na koszt młodej pary. – zaśmiał się barman.
- OK. Proszę im podziękować – uśmiechnął się Fryderyk. A po chwili zastanowienia dodał. – Jestem z Warszawy.
- Wiem, wychowałem się na Woli. – głośno zaśmiał się. A Fryderyk uśmiechając się podniósł rękę w geście pożegnania i cicho wyszedł.
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
*
Z salonu dochodziły odgłosy jakiejś koszmarnej kreskówki i chichot chłopców. Usiadł w fotelu, w tak zwanym swoim gabinecie. Gabinet był małym pokoikiem, gdzie mieściło się kilka jego rzeczy i wszyscy tam mieli coś do załatwienia. Był po rozmowie z matką, która wypytała go tak szczegółowo o śmierć Bernarda, jakby kuzyn zmarł właśnie dopiero co na jego rękach. Starał się odpowiedzieć jak najszczegółowiej, nawet razem z nią snuł przypuszczenia co do okoliczności zgonu. Na koniec obiecał, że zadzwoni, jak tylko czegoś więcej się dowie.
Teraz siedział w fotelu. Trzymał telefon w dłoni i się rozglądał po tym swoim pokoiku. Żona miała rację: Bałagan. Nieustający, rwący bałagan papierów, którego źródłem był właśnie on. „Chrzanić to” pomyślał. Przed sobą miał dłuższą rozmowę z bratem matki.
- Halo?!!! – z francuskim akcentem odezwał się Jan. Doskonale wiedział, że to Fryderyk, bo jego numer wyświetlał się w górach, w Hiszpanii.
- Cześć…. – starał wbić się we właśnie rozpoczynający się potok słów.
- Fryc, kochany! Przypomniałeś sobie wreszcie o mnie!!! Byłem dzisiaj w górach, wiesz, na tej skale, gdzie kiedyś cię zabrałem i tak mi się przypomniałeś. Fajnie by było zobaczyć się. Przyjedziesz? – zaśmiał się.
- Nie, ale chyba będziemy mieli okazję się spotkać. Bernard zmarł! – jednym tchem wycedził.
- Kiedy?
- Dzisiaj. Maria dzwoniła, ale była roztrzęsiona i nic więcej nie wiem. Powiedziałem, że do niej jeszcze dzisiaj zadzwonię. Mama już wie.
- Zadzwonię do Marii!
- Dobra. Oddzwonisz do mnie później?
- Oczywiście.
- Wiesz, myślę, że dobrze by było pojechać na pogrzeb.
- „Dobrze by było”! Co za sformułowanie? – żachnął się. – Musimy pojechać, to nasz kuzyn. Mój i twojej matki ojciec z jego ojcem byli braćmi…
- Przecież wiem.
- Dobra, zadzwonię do Marii, dowiem się kiedy jest pogrzeb. Wiesz na co zmarł?
- Nie.
- No dobra… widzisz, to jest jedyna pewna sprawa w naszym życiu: śmierć.
- No tak… to czekam na twój telefon. – Fryderyk pozostał jeszcze przez chwilę w fotelu. Dopóki drzwi z łomotem nie otworzyły się i pojawili się w nich jego dwaj mali, przepychający się synkowie.
- Jedziesz z nami do dziadków? – zapytał młodszy.
- Nie, bo tacie zmarł kolega! Mówiłem ci. – szybszy od ojca był starszy syn.
- Nie kolega, kuzyn. – sprostował Fryderyk.
- Znałem go?
- A ja? – dopytywał młodszy.
- Nie.
- Był stary?
- Według waszej miary wieku, to chyba tak. – uśmiechnął się. – Słuchajcie ten fotel jest jednoosobowy. – stęknął próbując zestawić ich z siebie na podłogę.
- To nie pojedziesz z nami? – dopytywał młodszy.
- Nie, nie tym razem, ale ucałujcie mocno dziadków ode mnie, dobrze?
- Dobrze.
- Jest ci smutno, że ten kuzyn zmarł? – zapytał starszy.
- Tak. Mimo, to że rzadko się spotykaliśmy, to jednak rodzina. Pamiętam, że jak byłem w waszym wieku, to przyjechał do mnie i dał mi w prezencie plastikowy model samolotu do sklejania.
- Cieszyłeś się?
- Tak. To był jedyny model, który skleiłem.
Walizka
Wyszedł z internetowej strony kolejnych tanich linii lotniczych, które proponowały przelot do portu Bruksela-Charleroi. Z tego co pamiętał, a później jeszcze sprawdził Charleroi nie leży w rejonie Brukseli a mniej więcej godzinę drogi od niej. Postanowił pojechać samochodem.
- Ale zostawisz nam vana! – dzień później powiedziała na to żona.
- Oczywiście, wezmę mały. Po co mi, tylko dla mnie, ta kobyła? – zaśmiał się.
- Dobrze. Na ile chcesz jechać?
- Kilka dni.
- Dobrze, bo musimy się zorganizować…
- Fajnie… - powiedział. „Od kiedy ona jest taka zorganizowana” pomyślał i rozbawiło go to.
Siedział w swoim pokoiku i palił waniliową cygaretkę. Przed nim stał kubek ze świeżo zaparzoną kawą. Zaszalał wsypując dwie łyżeczki cukru. Wysłał już ostatniego maila. Ustawił wiadomości na komunikatorach i w poczcie elektronicznej, że jest w podróży. „Tak jakby wiele osób było tym zainteresowanych” pomyślał i przez moment zastanawiał się nad zostawieniem informacji typu: umarłem lub już nie wrócę, ale w końcu uznał to za zbyt infantylne.
Zjechał do garażu. Wsiadł do starej corsy. Wyjechał na ulicę. Ustawił GPS w telefonie.
Świeciło słońce, drzewa miały jeszcze na sobie liście. Chociaż ich część ścieliła się u korzeni. Jakiś spóźniony rodzic ciągnął zaspane dziecko do szkoły czy przedszkola. Maluch był przerażony nerwowością dorosłego i darł się okrutnie. Trawa na osiedlu była zielona, ale zaraz dalej, ta niczyja, zdążyła przejść w niepamięć, lub w słomkowe odcienie. Pomyślał, że już wystarczy, że powinien zawrócić, że po co gdzieś tak daleko jedzie, tyle pieniędzy i czasu marnować… Znał ten stan, zawsze go dopadał na początku podróży.
- Za 200 metrów skręć w lewo – odezwał się kobiecy głos z nawigacji.
- No, przynajmniej nie będę samotny – powiedział. – A propos skręcania, to czas coś zapalić – sięgnął po papierosa. – Za Warszawą znajdziemy jakiś bar z dobrą kawą. Co ty na to?
- 11 kilometrów prosto – powiedział głos
- To mi się podoba.
Włączył radio. Do Kostrzyna na Odrą miał kawał drogi i to ciężkiej. Przypomniało mu się jak kiedyś był świadkiem rozmowy przy kierunkowskazie „Kostrzyn n/O”.
- Stary co to jest „Kostrzyn n zero”?
- Nie wiem.
„No właśnie tam jadę” pomyślał i dodał gazu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)