Papierowy liść
Następnego dnia przywitali się z całą trójką sióstr Marii. Fryderyk wiedział, że jak były młodymi panienkami, wszystkie cztery kochały się w Janie. I teraz mimo woli obserwował ich wszystkich próbując wyłowić chociaż cień tamtych młodzieńczych uczuć. Nic, oprócz kobiecej kokieterii, nie zauważył.
Zostawili je, a sami pojechali metrem na Grande Place. Uciekli od nich.
Zaczęli od La fleur en papier doré. Stolik po lewej stronie od wejścia był wolny. Usiedli przy nim. Jan zamawiał piwo, a Fryderyk palcem wodził po wyrytych znakach na drewnie.
- Lubisz takie rzeczy, Fryc, co?
- Bardzo. Ślady…
- To masońska knajpa i spotykali się tutaj poeci surrealiści.
- Wiem. – powiedział i dalej dotykał starego drewna. Kelnerka przyniosła dwa Duvel. Wznieśli kieliszki, spojrzeli sobie w oczy i delikatnie stuknęli szkłem.
- Wspaniale. Szkoda, że nie ma z nami Bernarda. Dużo wiedział o Brukseli. Zrobiłem z nim kiedyś Safari po tutejszych knajpach. Słuchaj Fryc, on znał takie piękne miejsca ze wspaniałym piwem, że aż zachwyt brał. Powinien napisać przewodnik po brukselskich knajpach. Szkoda, że nie zdążył.
- Szkoda.
- Słuchaj, a propos poetów, to ty jeszcze coś piszesz?
- Czasami.
- Zacytujesz mi coś z ostatnich poezji? Myślę, że ta knajpa jest dobrym miejscem. – rozejrzał się po kremowych od tytoniu ścianach, na których poprzyczepiane było mnóstwo zdjęć, trofeów i wszystkiego co mogło być przyczepione.
- Dobra. – powiedział Fryderyk. Zamyślił się na chwilę i zaczął mówić:
Siedzę na krześle/Siedzę na dupie/Krzesło kawiarniane/Dupa własna//Palę papierosa/
Płuca moje//Piwo kupione/Zdjęcie Rentgena//A reszta w głowie/Jeszcze bulgocze.
- Śmiałe! – śmiał się Jan. – Wymyśliłeś to teraz?
- Tak. – uśmiechnął się. – Tak mi przykro jest, że Bernard nie żyje.
- Mnie też, ale czasu już nie cofniemy…
- Wiesz, jak jechałem tutaj, jeszcze w Polsce, wziąłem na „stopa” trzech młodych chłopaków, Meksykanów.
- No i… - Jan zdziwił się zmianą tematu.
- Weseli faceci. Przylecieli do siostry jednego z nich, która po studiach na warszawskiej ASP została w Polsce. Zachwyceni polskimi dziewczynami. Mówili, że jak wylądowali latem w Warszawie, to myśleli, że są w raju, bo tu, jak na ich warunki, roznegliżowane, piękne blond dziewczyny. Ale postanowili jednak jechać na Majorkę. A, bo w ogóle to są muzykami. Wiesz, mariachi. No i mieli problem, bo każdy z nich poznał fajną Polkę i zastanawiali się czy jechać grać, czy zostać z tymi kobietami.
- Wybrali muzykę.
- Tak. I właśnie rozmawialiśmy na temat wyborów, że może jakby zostali w Polsce to wcale nie mieliby lepiej…
- Nawet na pewno. – gorzko zaśmiał się Jan.
- Ale może założyliby z tymi kobietami rodziny.
- To mogą zrobić później i nie koniecznie z tymi kobietami.
- Tak.
- Ale jak to się ma do twojego smutku po Bernardzie?
- Nijak. – zaśmiał się Fryderyk. – A właściwie: i tu i tam, to tylko chwila.
- Zmieniamy lokal! – zakomenderował Jan. – Zanim nostalgia do końca spęta ci stopy…
- …? – zdziwił się Fryderyk. Wstali i wyszli przed lokal. Jeszcze nie wiedzieli, że za kilka miesięcy już nie będzie tego miejsca. Słońce świeciło. Poszli na lewo, w dół ulicy.





