OŚMIOKĄT
Śmierć.
Z głębokiego snu wyrwał go ostry dzwonek telefonu. Zostały jeszcze dwa dzwonki do włączenia się automatycznej sekretarki. Usiadł na brzegu łóżka. Rękoma potarł zarośniętą twarz. Obok spała żona. Niewzruszona, tak jakby wiedziała, że to nie do niej.
- Halo! – zachrypiał. Potem podniósł słuchawkę i powtórzył równie zachrypniętym głosem. – Halo?
- Fryc? Tutaj Maria. – Fryderyk próbował dopasować głos kobiety do jej imienia. Nie udało mu się.
- Cześć Maria…
- Słuchaj, dzisiaj w nocy zmarł Bernard. – powiedziała Maria.
- O cholera! – wyrwało mu się. Już wiedział kto to jest i żałował, że to nie pomyłka. – Przepraszam. Jak to, Bernard? Co się stało?
- Dzisiaj zmarł. O piątej… Fryc.. nie mogę mówić… - kobieta zaczęła płakać.
- Maria, tak mi przykro… zadzwonię do ciebie dzisiaj po południu…dobrze? Zadzwonię do wszystkich… do rodziny, no wiesz… moich rodziców.
- Dobrze, przepraszam, teraz naprawdę nie mogę mówić, zadzwoń później, dziękuję. – powiedziała i odłożyła słuchawkę.
Fryderyk siedział na łóżku. Przebudzona żona patrzyła na niego wyczekująco.
- Co się stało? – zapytała.
- Bernard zmarł.
- Ten twój kuzyn z Belgii?
- Tak. Jego żona dzwoniła, że dzisiaj w nocy zmarł. Cholera!
- Wypadek?
- Chyba nie. Nie wiem. Może zawał. Nie wiem, zadzwonię do niej jeszcze dzisiaj, może się dowiem. Wiesz, była roztrzęsiona… Musze zadzwonić do Jana.
- Chcesz jechać?
- Jeszcze nie wiem, ale chyba tak, powinienem. Muszę zadzwonić do rodziców. Cholera jasna!
- Halo! – zachrypiał. Potem podniósł słuchawkę i powtórzył równie zachrypniętym głosem. – Halo?
- Fryc? Tutaj Maria. – Fryderyk próbował dopasować głos kobiety do jej imienia. Nie udało mu się.
- Cześć Maria…
- Słuchaj, dzisiaj w nocy zmarł Bernard. – powiedziała Maria.
- O cholera! – wyrwało mu się. Już wiedział kto to jest i żałował, że to nie pomyłka. – Przepraszam. Jak to, Bernard? Co się stało?
- Dzisiaj zmarł. O piątej… Fryc.. nie mogę mówić… - kobieta zaczęła płakać.
- Maria, tak mi przykro… zadzwonię do ciebie dzisiaj po południu…dobrze? Zadzwonię do wszystkich… do rodziny, no wiesz… moich rodziców.
- Dobrze, przepraszam, teraz naprawdę nie mogę mówić, zadzwoń później, dziękuję. – powiedziała i odłożyła słuchawkę.
Fryderyk siedział na łóżku. Przebudzona żona patrzyła na niego wyczekująco.
- Co się stało? – zapytała.
- Bernard zmarł.
- Ten twój kuzyn z Belgii?

- Tak. Jego żona dzwoniła, że dzisiaj w nocy zmarł. Cholera!
- Wypadek?
- Chyba nie. Nie wiem. Może zawał. Nie wiem, zadzwonię do niej jeszcze dzisiaj, może się dowiem. Wiesz, była roztrzęsiona… Musze zadzwonić do Jana.
- Chcesz jechać?
- Jeszcze nie wiem, ale chyba tak, powinienem. Muszę zadzwonić do rodziców. Cholera jasna!
Nie tak planował ten dzień. Stał w łazience i golił się przed lustrem. Była sobota. Dzieci jeszcze spały. Żona w kuchni szykowała śniadanie. Myślał o tym, że śmierć, wiadomość o niej, zawsze przychodzi w nieodpowiednim momencie. I co się stało z tym jego kuzynem? Jeszcze nie tak stary, żeby umierać. Dbający o siebie naukowiec. Każdego dnia, w komputerze zapisywał swoją wagę i temperaturę powietrza, potem robił zestawienia i wykresy. Taki niegroźny wariat jak w jego rodzinie wielu było i z pewnością jeszcze będzie. Chyba zawał. Co innego może być? Chyba, że morderstwo. Zmoczył zbyt długie włosy i zaczesał je dłońmi do tyłu. Przejrzał się w lustrze i przewrócił z dezaprobatą oczami.
- Nie daje mi spokoju myśl, jak on zmarł? – powiedział do żony wchodząc do kuchni.
- Może Jan będzie więcej wiedział.
- No właśnie powinienem do niego zadzwonić!
- A do rodziców?
- Powinienem, ale jakoś nie mogę. Po śniadaniu.
- Lepiej nie odkładaj… - powiedziała z lekko słyszalną pogardą.
- Po śniadaniu. – zakończył Fryderyk nie chcąc rozwijać tematu jego odkładania wszystkiego na później. – Budzimy dzieci, czy spokojnie zjemy śniadanie we dwoje?
- Budzimy. – powiedziała żona.
- Dobra. – wstał, aby przejść do pokoju chłopców.